Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
90 postów 563 komentarze

Prawda o Państwie Islamskim

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Francuski analityk sytuacji w świecie islamu, Thierry Meyssan, opisuje kulisy obecnej wojny w Iraku. Poniżej przedruk 4 artykułów z jego portalu:

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Dżihadyzm i przemysł naftowy

Podczas gdy zachodnie media przedstawiają nam islamski Emirat w Iraku i na Lewancie jako grupę dżihatystow recytujących Koran, tenże zapoczątkował wojnę o naftę w Iraku. Z pomocą Izraela EIIL odciął dostawy dla Syrii i zagwarantował kradzież nafty z Kirkuk przez lokalny rząd Kurdistanu. Sprzedaż zabezpiecza Aramco, który przedstawi to sprzeniewierzenie jako wzrost produkcji saudyjskiej.

JPEG - 22.7 kb

[Rafineria w Baïji]

 

Dla atlantyckiej prasy, Emirat islamski w Iraku i Lewancie (EIIL) zagarniający Północny i Zachodni Irak, jest zgrupowaniem dzihadystów powodowanym wiarą, z Koranem w jednej ręce i kałasznikiem w drugiej. Dla tych, którzy znoszą ich występki, zwłaszcza w Syrii, jest prywatną armią – złożoną z najemników ściągniętych z czterech stron świata i dowodzonych przez oficerów amerykańskich, francuskich i saudyjskich – która parceluje region, aby kolonialnym potęgom zapewnić lepszą kontrolę.

Jeśli uważać członków EIIL jako uzbrojonych wierzących, trudno sobie wyobrazić, że za tymi atakami kryją się ciemne, materialne interesy. Ale jeśli założyć, że chodzi o łobuzów manipulujących religią by wywołać wrażenie, że Allach błogosławi ich zbrodnie, wypada być czujniejszym.

I tak, wylewając krokodyle łzy dla tysięcy irackich ofiar tej ofensywy, prasa atlantycka niepokoi się konsekwencjami tego konfliktu na ceny nafty. W ciągu kilku dni cena baryłki wzrosła do 115 $, to jest do poziomu z września 2013. Rynki zaniepokoiły się w czasie walk o rafinerię w Baïji, obok Tikritu. W rzeczywistości, rafineria produkuje jedynie na potrzeby lokalne, którym mogłoby szybko zabraknać paliwa i elektryczności. Zwyżka cen nie była spowodowana przerwaniem produkcji lecz zakłóceniami w dostawach. Nie trwała więc długo, jako że na rynkach byly nadwyżki.

JPEG - 30.7 kb
[W kolorze brązowym: strefa zajęta przez EIIL (mapa As-Safir)]

Arabia Saudyjska zapowiedziała, że znacznie zwiększy swoją produkcję by złagodzić obniżkę podaży związanej z zakazem sprzedaży dla EIIL. Specjaliści są jednak sceptyczni i podkreślają, że królestwo nigdy nie wydobyło więcej niż 10 milionów baryłek dziennie.

Atlantycka prasa zaprzeczająca patronat NATO, uczenie wyjaśnia, że EIIL nagle się wzbogacił zdobywając szyby naftowe. Zdarzyło to się w przypadku szybów w północnej Syrii, ale przeszlo to przez nią niezauważone. Usilowała przedstawić walki między Front al-Nosra i Emiratem islamskim jako rywalizację rozognioną przez « reżym », choć ci usiłowali zająć szyby.

Tymczasem, pojawia się pytanie na które prasa atlantycka i z Golfu wciąż nie odpowiada: Jak terroryści mogą sprzedawać ropę na międzynarodowym rynku, tak kontrolowanym przez Waszyngton? W marcu, libijskim separatystom z Benghazi nie udało się sprzedać nafty, którą zagarnęli. US Navy przechwyciła tankowiec Morning Glory i odprowadziła go do Libii.

Jeśli front al-Nosra i EIIL może sprzedawać naftę na rynku międzynarodowym, jest to jednoznaczne z upoważnieniem Waszyngtonu i powiązaniem z oficjalnymi towarzystwami naftowymi.

Przypadek sprawił, że doroczny światowy kongres towarzystw naftowych miał miejsce od 15 do 19 czerwca w Moskwie. Miała być mowa o Ukrainie, ale rozważano kwestie Iraku i Syrii. Okazało się, że kradziona ropa przez Front al-Nasri jest sprzedawana przez Exxon-Mobil (towarzystwo Rockefellerów panujące w Katarze), zaś ropa EIIL jest eksploatowana przez Aramco (USA/Arabia Saudyjska). Warto przy okazji przypomnieć, że w czasie konfliktu libijskiego, NATO upoważniło Qatar (to jest Exxon-Mobil) do sprzedaży ropy z terenów "wyzwolonych" przez al-Qaïdę.

Można więc odczytywać obecne walki – jak i wszystkie XX-wieczne Bliskiego Wschodu – jako starcia między towarzystwami naftowymi. Fakt, że EIIL jest finansowany przez Aramco wystarcza do wyjaśnienia, że Arabia Saudyjska jest w stanie złagodzić spadek wydobycia irackiego: królestwo poprostu przyłoży swoje pieczecie na skradzionych baryłkach by je zalegalizować.

JPEG - 26.2 kb

Rozwinięcie się EIIL pozwala jej kontrolować dwa najważniejsze rurociągi: pierwszy biegnie do Banias i zaopatruje Syrię, drugi przerzuca ropę do tureckiego portu Ceyhan. Islamski Emirat zamknął pierwszy rurociąg, wywołując przerwy w dostawach prądu w Syrii, ale o dziwo, pozwala działać drugiemu.

Ten rurociag jest wykorzystywany przez proizraelski lokalny rząd Kurdistanu do eksportu właśnie skradzionej nafty w Kirkuk. Tak jak już wyjaśniałem w ub. tygodniu, atak EIIL jest skoordynowany z tym z Kurdistanu tak by podzielić Irak na trzy małe państewka, zgodnie z planem nowego ukształtowania « Rozszerzonego Bliskiego Wschodu » założonego przez sztab amerykański w 2001 roku, którego armia US nie zdołała narzucić w 2003, ale który z inicjatywy senatora Joe Biden’a został przyjęty przez Kongres w 2007 roku.

Kurdystan zaczął eksportować rope z Kirkouk za pośrednictwem rurociągu kontrolowanego przez EIIL. W ciągi dwóch dni, w Ceyhan, zdołał napełnić dwa tankowce wynajęte przez Palmali Shipping & Agency JSC, kompanię miliardera turecko-azeri Mubariz Gurbanoğlu. Tymczasem, po opublikowaniu przez rzad al-Maliki – który jak dotąd nie został obalony przez Waszyngton – noty w której wyjawia tą kradzież, żadne towarzystwo naftowe pracujące zwykle w Kurdistanie (Chevron, Hess, Total) nie ośmieliły się tej ropy kupić. Nie znajdując kupców, Kurdystan, nie przerywając swego procederu, oznajmił gotowość jej sprzedaży po 53 $ za baryłke. Dwa kolejne tankowce są w trakcie ładowania przy błogoslawieństwie EIIL. Fakt, że ten proceder trwa nieprzerwanie mimo braku zbytu, świadczy o przekonaniu Kurdystanu i EIIL, że zdołają ropę sprzedać, świadczy o tym, że ten proceder cieszy się tym samym poparciem: Izraela i Arabii Saudyjskiej.

Możliwość podziału Iraku na trzy części przyczyni się do przetasowania kart naftowych. Wobec rozwinięcia się EIIL, wszystkie towarzystwa naftowe zredukowały swój personel. Niektóre bardziej niż inne: tak jest w przypadku BP, Royal Deutsch Shell (zatrudniająca szejka Moaz al-Katib, geologa exprezydenta Narodowej Syryjskiej Koalicji), Türkiye Petrolleri Anonim Ortakliği (TPAO) i chinskich towarzystw (PetroChina, Sinopec i CNOOC).

W tej grze przegrywają Brytyjczycy, Turkowie i przedewszystkim Chinczycy, którzy byli największymi klientami Iraku. Wygrywają Stany Zjednoczone, Izrael i Arabia Saudyjska.

Stawka nie ma więc żadnego związku z batalią o « prawdziwy Islam ».

Thierry Meyssan

Źródło: www.voltairenet.org/article184398.html#nh1

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Waszyngton reaktywuje projekt rozdziału Iraku

Niespodziewane załamanie się państwa irackiego przedstawiane jest przez zachodnie media jako wynik ofensywy ze strony terrorystycznej organizacji „Islamskie państwo w Iraku i Lewancie” (ISIL). Ale któż uwierzy, że potężne państwo, zmilitaryzowane i zorganizowane przez Waszyngton, mogło załamać się w przeciągu tygodnia pod naporem ugrupowania dżihadystów, deklarującego brak powiązań z jakimkolwiek państwem? I któż uwierzy, że ci, którzy wspierają ISIL w Syrii mogą rzeczywiście potępiać jego działania w Iraku? Jak jest naprawdę? Thierry Meyssan odsłania prawdę.

 

JPEG - 27.4 kb
[Mapa „rozszerzonego Bliskiego Wschodu” według Sztabu Generalnego Stanów Zjednoczonych]

Od 2001 roku Sztab Generalny Stanów Zjednoczonych usiłuje rozbić terytorium „rozszerzonego Bliskiego Wschodu” na małe państewka, jednolite pod względem składu etnicznego. Przekształcona mapa regionu została opublikowana w lipcu 2006 roku. Ona też przewiduje podział Iraku na trzy państwa: sunnickie, szyickie i kurdyjskie.

Przegrana Izraela w wojnie z Hezbollahem latem 2006 roku oraz przegrana Francji i Wielkiej Brytanii z Syrią w latach 2011-2014 skłaniały ku myśli, że ten projekt został porzucony. Bynajmniej: Sztab Generalny Stanów Zjednoczonych usiłuje podjąć go na nowo, za pośrednictwem najemnych kondotierów, jakimi są dzisiaj dżihadyści.

Wydarzenia, jakie miały miejsce w Iraku w ubiegłym tygodniu należy rozpatrywać właśnie pod tym kątem. Międzynarodowa prasa kładzie nacisk na ofensywę ze strony „Islamskiego Państwa w Iraku i Lewancie” (zwanego Daesh w języku arabskim), a ona jest zaledwie elementem operacji rozkręcanej właśnie na szeroką skalę.

Ofensywa koordynowana przez ISIL i Kurdów

W przeciągu tygodnia bojownicy z ISIL zajęli obszar, na którym planuje się utworzyć Emirat sunnitów, a peszmergowie podbili ziemie, na którym miałoby powstać niezależne państwo Kurdów.

Wojsko irackie, szkolone przez Waszyngton, odstąpiło tym pierwszym Niniwę, a tym drugim Kirkuk. Sama struktura dowódcza armii ułatwiła jej rozprzężenie: najwyżsi oficerowie, zobowiązani przedstawić do decyzji gabinetu ministrów kwestię przesunięcia wojsk, byli pozbawieni wspólnej inicjatywy, a jednocześnie porozstawiani po swoich strefach operacyjnych jak udzielni książęta. Dlatego Pentagon mógł bez większych trudności korumpować niektórych oficerów, którzy nakłaniali podwładnych im żołnierzy do dezercji.

Parlamentarzyści zwołani przez szefa gabinetu ministrów Nuriego al-Malikiego także dopuścili się dezercji i z braku quorum nie przegłosowali wprowadzenia stanu wyjątkowego, uniemożliwiając rządowi podjęcie kontrofensywy.

Wobec groźby utraty integralności terytorialnej kraju, Nuri al-Maliki zaapelował do wszystkich potencjalnych sojuszników. Najpierw poprosił o wsparcie iracki naród, a w szczególności policję szyicką swojego rywala Muktada as-Sadra (Armia Mahdiego), potem irańskich Strażników Rewolucji (generał Qassam Soleimani, dowódca jednostki Al-Quds przebywa obecnie w Bagdadzie), a w końcu Stany Zjednoczone, do których zwrócił się z prośbą o ponowną interwencję i atak bombowy na pozycje napastników.

Prasa zachodnia podkreśla, nie bez racji, że sposób sprawowania rządów przez premiera godził często w interesy mniejszości sunnickiej, jak i w laików, skupionych w Partii Baas, a to z powodu szczególnego traktowania szyitów. Jednak to stwierdzenie należałoby relatywizować: w ostatnich wyborach do parlamentu z 30 kwietnia wygrała koalicja premiera Nuriego al-Malikiego. Zebrała ¼ głosów wyborców, a więc trzykrotnie więcej niż ugrupowanie Muktada as-Sadra. Pozostałe głosy przypadły na inne liczne i nieznaczące partie.

Przygotowania do ofensywy na bagdadzkie władze

Ofensywa bojowników ISIL z jednej strony i peszmergów z drugiej strony, przygotowywana była od dawna.

Iracki Kurdystan został powołany do życia pod protektoratem Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, w okresie między dwiema inwazjami państw zachodnich (z 1991 i z 2003 roku), wraz z ustanowieniem stref wyłączonych dla lotnictwa irackiego. Po obaleniu prezydenta Saddama Husseina uzyskał silną autonomię i znalazł się w sferze wpływów Izraela. Z tego punktu widzenia jest mało wyobrażalne, aby Tel-Awiw nie brał udziału w szturmie na Kirkuk. A już na pewno nie budzi wątpliwości fakt, że obecny rząd regionalny w Erbilu rozciągnął swoją jurysdykcję aż po granice tego obszaru, na którym Sztab Generalny Stanów Zjednoczonych planuje utworzyć niezależny Kurdystan.

ISIL jest sunnicką milicją plemienną, która wciągnęła w swoje struktury bojowników irackiej odnogi Al-Kaidy po wycofaniu się Paula Bremera III i przekazaniu władzy politycznej Irakijczykom. 16 maja 2010 roku zwolniony w nieznanych okolicznościach Abu Bakr al-Bagdadi, przywódca Al-Kaidy w Iraku, został obwołany emirem, po czym rozciągnął władzę Al-Kaidy nad sunnicką organizacją.

Na początku 2012 roku bojownicy ISIL utworzyli w Syrii Dżabhat al-Nusra (a więc Front Obrony Ludności Lewantu) mający być syryjskim ramieniem Al-Kaidy. Ugrupowanie urosło w siłę na fali francusko-brytyjskiej ofensywy przeciwko Syrii, podjętej w lipcu 2012 roku. Ostatecznie, pod koniec roku Waszyngton zaklasyfikował je jako „organizację terrorystyczną”, pomimo sprzeciwu francuskiego ministra spraw zagranicznych, który dostrzegł w syryjskich bojownikach „ludzi, którzy robią swą robotę w terenie” (sic).

Sukcesy dżihadystów w Syrii odnoszone aż do połowy 2013 roku wpłynęły na atrakcyjność ugrupowania. Oficjalny plan Al-Kaidy o globalnej rewolucji islamskiej wyglądał utopijnie, podczas gdy utworzenie Państwa islamskiego na określonym terytorium zdawał się być na wyciągnięcie ręki. Stąd pomysł, by to właśnie ugrupowaniu ISIL powierzyć przebudowę Iraku, której nie udało się zrealizować amerykańskim wojskowym.

Lifting ugrupowania dżihadyści przeprowadzili wiosną 2014 roku, kiedy to wypuścili na wolność przetrzymywanych przez siebie więźniów państw zachodnich: Niemców, Brytyjczyków, Duńczyków, Amerykanów, Francuzów i Włochów. Ich pierwsze zeznania potwierdziły w zupełności informacje dostarczane przez syryjskie służby specjalne: ISIL jest organizacją dowodzoną przez amerykańskich, francuskich i saudyjskich oficerów. Jednak dość szybko wyzwoleni więźniowie dokonywali zwrotu o 180 stopni i podkopywali wcześniejsze zeznania odnośnie do tożsamości swoich niedawnych strażników.

W takim kontekście ISIL zerwał związki z Al-Kaidą w maju 2014 roku, stając się jej rywalem, podczas gdy al-Nusra pozostawała oficjalnie syryjskim ramieniem Al-Kaidy. Oczywiście wszystko to są tylko pozory, bo faktycznie te ugrupowania, już z chwilą ich powstania, wspierane są przez CIA i wymierzone w interesy Rosji (jak w przypadku Afganistanu, Bośni i Hercegowiny, Czeczeni, Iraku, Syrii).

Stając się na powrót organizacją regionalną (i przestając pełnić rolę regionalnego satelity organizacji o zasięgu światowym), ISIL zaczął gotowić się do roli, jaką już kilka miesięcy temu wyznaczyli mu jego sponsorzy.

Choć w terenie organizacją dowodzi Abou Bakr al-Bagdadi, to władzę nad nią sprawuje książę Abdul Rahman al-Fajsal, brat księcia Sauda al-Fajsala (od 39 lat pełniącego funkcje ministra spraw zagranicznych Arabii Saudyjskiej) i księcia Turki al-Fajsala (byłego dyrektora agencji wywiadu Arabii Saudyjskiej i obecnego ambasadora w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii).

W maju, bracia al-Fajsal kupili fabrykę zbrojeniową na Ukrainie. Dalej zapasy broni ciężkiej przetransportowano samolotem na lotnisko wojskowe w Turcji, gdzie MIT (turecka agencja wywiadu) skierowała je specjalnymi pociągami w ręce ISIL. Wydaje się mało prawdopodobne, aby cały ten łańcuch logistyczny mógł powstać bez udziału NATO.

Ofensywa ISIL

Panika, jaka ogarnęła ludność irakijską współmierna jest z przestępstwami, jakich dopuszczali się bojownicy ISIL w Syrii: publiczne rzezie „odstępców od wiary muzułmańskiej” i krzyżowanie chrześcijan. Według Wiliama Lacy Swinga (były ambasador Stanów Zjednoczonych w RPA, następnie przy ONZ, a obecnie dyrektor Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji), co najmniej 550 tys. Irakijczyków uciekło przed dżihadystami.

Cyfra ta wykazuje niedorzeczność ocen dokonywanych przez państwa zachodnie, wedle których łączna liczba bojowników ISIL w Syrii i Iraku nie miałaby przekraczać 20 tys. Prawdziwa wartość jest prawdopodobnie trzykrotnie większa, rzędu 60 tys. bojowników. Różnicę szacunkową stanowią cudzoziemcy rekrutowani ze środowisk muzułmańskich na całym świecie, nierzadko niearabskich. Ta organizacja stała się najważniejszym wojskiem prywatnym na świecie, pełniącym rolę współczesnych kondotierów na usługach europejskiego Odrodzenia.

I wciąż będzie rosnąć w siłę, zważywszy na jej ostatnie zdobycze. W Mosulu bojownicy ISIL opanowali Skarb prowincji Niniwa, w sumie 429 milionów dolarów w gotówce (starczy na opłacanie żołnierzy przez cały okrągły rok). Poza tym rebelianci przejęli niemało samochodów wojskowych Humvee i dwa helikoptery, które od razu włączyli do swojego wyposażenia. Aby wytłumaczyć fakt, że w rzędach dżihadystów znajdują się wyszkoleni piloci, media dają do zrozumienia, że są to byli oficerowi związani z partią Baas prezydenta Saddama Husseina. A to już wielce nieprawdopodobne, zważywszy na walkę pomiędzy świeckimi aktywistami partii Baas i dżihadystami, która stanowi tło dla trwającej wojny w Syrii.

Reakcje społeczności międzynarodowej

Ofensywa peszmergów i bojowników ISIL była wyczekiwana przez zwolenników Arabii Saudyjskiej w regionie. Na przykład były prezydent Libanu Michel Sulaiman (który w styczniu zakończył jedną z przemów głośnym „Niech żyje Arabia Saudyjska!” zamiast „Niech żyje Liban!”) starał się na wszystkie sposoby uzyskać zgodę na przedłużenie prezydenckiego mandatu (wygasłego 25 maja) na kolejne sześć miesięcy, aby pozostawać u sterów władzy na czas trwania kryzysu.

Jakkolwiek by było, reakcje społeczności międzynarodowej na iracki kryzys są nielogiczne. Z jednej strony wszystkie bez wyjątku państwa potępiają ISIL w Iraku i piętnują terroryzm, z drugiej strony część z nich, tj. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, uważają równocześnie ISIL za bezspornego sojusznika w walce z państwem syryjskim, a co poniektóre kierują tą ofensywą – Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska, Francja, Izrael i Turcja.

W Stanach Zjednoczonych starły się dwa obozy polityczne: Republikanów, którzy domagają się ponownego użycia sił zbrojnych w Iraku, i Demokratów, którzy winą za niestabilną sytuację obarczają interwencję wojskową George’a W. Busha przeciwko Saddamowi Husseinowi. Ta hipokrycka oratorska gra pozwala ukryć fakt, że bieżące wydarzenia służą strategicznym interesom sztabu generalnego, który jest w nie bezpośrednio zamieszany.

Niewykluczone jednak i to, że Washington złapał Ankarę w pułapkę. Bojownicy ISIL próbowali bowiem przejąć kontrolę nad grobowcem Sulejmana Szacha, znajdującego się na terytorium Syrii, w dystrykcie Raqqa. Grobowiec ten jest własnością Turcji, która dysponuje na tym terytorium niewielkim garnizonem na mocy klauzuli eksterytorialności umieszczonej w Traktacie z Ankary (narzuconym w 1921 roku przez francuskiego kolonizatora). Ale równie dobrze działanie to mogło być zaordynowane przez samą Turcją, która liczyła na znalezienie pretekstu do otwartej interwencji w Syrii.

Poważniejsze jednak wydaje się opanowanie tureckiego konsulatu i uprowadzenie, w miarę zajmowania przez ISIL Mosulu, 15 dyplomatów tureckich i ich rodzin, a także 20 członków tureckich sił specjalnych, co wywołało gwałtowną reakcję Ankary. Bojownicy ISIL zatrzymali też kierowców ciężarówek, którzy następni zostali zwolnieni. Turcja, która zapewniła wsparcie logistyczne ofensywy ISIL czuje się zdradzona, nie wiedząc jeszcze przez kogo, czy przez Waszyngton, Rijad, Paryż, a może Tel-Awiw. Sprawa ta aż nadto przypomina aresztowanie 4 lipca 2003 roku 11 członków tureckiej jednostki specjalnej przez amerykańskie wojsko w Suleimaniah (Irak), nagłośnione za sprawą filmu Dolina wilków: Irak. Ten incydent wywołał najpoważniejszy od sześćdziesięciu lat kryzys pomiędzy dwoma państwami.

Najbardziej prawdopodobne jest to, że Ankara nie zamierzała uczestniczyć w ofensywie obejmującej tak rozległy obszar, i już po fakcie odkryła plan Ameryki zakładający utworzenie Kurdystanu. Ten zaś, zgodnie z mapą opublikowaną w 2006 roku, ma objąć część Turcji. Stany Zjednoczone przewidują bowiem rozczłonkowanie nie tylko państw wrogich, ale też, jak widać, krajów sprzymierzonych. Aresztowanie tureckich dyplomatów i członków jednostki specjalnej miałoby uniemożliwić Ankarze wszelkie próby sabotażu operacji wojskowej.

W czwartek z wizytą do Ankary, w drodze powrotnej z Ammanu, przyleciała Samantha Power, ambasador Stanów Zjednoczonych w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, aby z pełną hipokryzją potępić działania ISIL. Obecność na Bliskim Wschodzie ambasadorki pełniącej posługę wobec interwencjonizmu moralnego Washingtona pozwala przypuszczać, że reakcja ze strony Ameryki została przewidziana w scenariuszu.

Iran ze swej strony wyraził gotowość niesienia ratunku szyickiemu rządowi al-Malikiego i wsparcia go bronią, doradcami wojskowymi, ale nie wojskiem. Na dokonującym się przewrocie w Iraku najwięcej korzysta Arabia Saudyjska, poważny konkurent Iranu w regionie, gdy tymczasem minister spraw zagranicznych Saud al-Fajsal (brat patrona ISIL) zaprosił Teheran do podjęcia wspólnych rozmów.

Thierry Meyssan

Źródło: www.voltairenet.org/article184441.html#nb2

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

ISIL : Kto następny po Iraku?

Wniosek Białego Domu o przyznanie mu 500 mln dolarów na wsparcie „umiarkowanej opozycji w Syrii”, gdy tymczasem prezydent Obama ocenił ją jako „niezdolną do obalenia prezydenta Assada”, komentowany jest jako spóźnione działanie ze strony Waszyngtonu na rzecz Syrii. Ale według Thierry Meyssan wnioskowana kwota nie jest przeznaczona dla syryjskiej opozycji. Stany Zjednoczone rozmieszczają wokół Iraku znaczące siły wojskowe i mierzą już w trzecią ofiarę.

 

JPEG - 20.8 kb
Barack Obama reaguje na napaść ISIL na Irak

Przebywająca z wizytą w Moskwie Bouthaina Shaabane, doradczyni syryjskiego prezydenta, została zaproszona przez ministra spraw zagranicznych Norwegii do udziału w międzynarodowym forum. Bouthaina Shaabane jest jedną ze 170 osób figurujących na liście przedstawicieli władz syryjskich objętych sankcjami, w tym zakazem podróży.

Shaabane bezpośrednio z Moskwy poleciała do Oslo. W Norwegii, 18 i 19 czerwca spotkała się z byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych Jimmym Carterem, dyplomatą amerykańskim Jeffreyem Feltmanem, który jest obecnie numerem dwa w strukturach ONZ, a także z dyrektorem gabinetu prezydenta Iranu, szejka Hasana Rouhani.

Dlaczego Norwegia, będąca członkiem NATO, wystąpiła z taką inicjatywą? Jaki sygnał chciały wysłać Stany Zjednoczone? I co chciały negocjować z Syrią?

Żaden z uczestników spotkania nie przekazał opinii publicznej informacji nt. tych rozmów, a oficjalna strona Forum Oslo uparcie milczy w danej sprawie.

Ile pieniędzy pochłoną zamorskie operacje Stanów Zjednoczonych?

Kilka dni później, 25 czerwca prezydent Obama przedstawiał kongresmenom swój budżet na zamorskie operacje wojskowe i dyplomatyczne (Overseas Contingency Operations – OCO). Z 65,8 mld dolarów 5 mld przeznacza się na Fundusz Partnerstwa Antyterrorystycznego (Counterterrorism Partnerships Founds – CTPF), którego utworzenie prezydent zapowiedział w trakcie przemówienia w West Point 28 maja br.

Jak głosi komunikat opublikowany przez Biały Dom, 4 mld zostaną przekazane do dyspozycji Pentagonu, a 1/5 całej kwoty będzie powierzona Departamentowi Stanu.
- 3 mld zostaną wykorzystane do utworzenia lokalnych sił antyterrorystycznych, walki z radykalnymi ideologiami, walki z finansowaniem terroryzmu, oraz do promowania „demokratycznych” metod rządzenia.
- Kwota 1,5 mld zostanie wykorzystana do zapobiegania rozprzestrzenianiu się konfliktu w Syrii na sąsiednie kraje poprzez utworzenie służb bezpieczeństwa w celu uszczelnienia granic oraz udzielanie pomocy uciekinierom. - 0,5 mld pójdzie na „utworzenie i wyposażenie kontrolowalnych podmiotów uzbrojonej syryjskiej opozycji dla lepszej ochrony ludności syryjskiej, stabilizacji stref pozostających pod kontrolą opozycji, ułatwiania dostępu do podstawowych usług, udaremniania planów terrorystycznych, a także sprzyjania warunkom do rozstrzygania konfliktu drogą negocjacji”. - Pozostała kwota 0,5 mld zostanie odłożona na wypadek nowych sytuacji kryzysowych.

Ale co w komunikacie Białego Domu oznacza „stabilizacja stref pozostających pod kontrolą opozycji”? Nie może być mowy o utworzeniu jakichś zalążków państwowości bo obszary te są zbyt małe i podzielone. Najprawdopodobniej chodzi o utworzenie stref bezpieczeństwa dla Izraela. Pierwszej na granicy izraelsko-syryjskiej i drugiej na granicy turecko-syryjskiej, tak, aby w razie konfliktu Damaszek znalazł się w potrzasku. Te strefy miałyby zostać powierzone „kontrolowalnym podmiotom uzbrojonej syryjskiej opozycji”, co potwierdzałoby przypuszczenie, że wsparcie udzielane przez Waszyngton siłom Contras nie zmierza już do obalenia państwa syryjskiego, a jedynie do ochrony osiedli żydowskich w Palestynie.

Tego posunięcia nie można oceniać w oderwaniu od wypowiedzi Baracka Obamy, jaka padła 20 czerwca na antenie CBS This Morning: „Sądzę, że mówienie o jakiejś umiarkowanej sile politycznej w Syrii, która mogłaby pokonać [prezydenta Bachara] Assada mija się po prostu z prawdą, i sama Pani wie, że poświęciliśmy dużo czasu na próby współpracy z umiarkowaną opozycją w Syrii (…) Pomysł, że mogłaby ona obalić Assada, a nawet zwyciężyć bezlitosnych, a przy tym wysoko wykwalifikowanych dżihadystów, pod warunkiem, że wyślemy jej trochę broni, jest urojeniem, i sądzę, że zrozumienie tego jest niezwykle ważne dla narodu Stanów Zjednoczonych, a może jeszcze ważniejsze dla Waszyngtonu i amerykańskich mediów”.

 

Waszyngton naraża się na wyrok Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości

Jeżeli Kongres poprze budżet Obamy, amerykańska pomoc udzielana dżihadystom w Syrii przestanie być tajnym programem CIA, stając się publicznym, szeroko zakrojonym programem Pentagonu.

Jego upublicznienie narusza fundamenty prawa międzynarodowego, które kategorycznie zabrania finansowania i wojskowych szkoleń opozycjonistów w kraju trzecim, a już tym bardziej w celu podziału tego kraju na dwa państwa. Już samo mówienie o tym, jako o przyjętym celu, nawet jeśli Kongres miałby go odrzucić, stanowi wobec Syrii groźbę, która pogwałca prawo międzynarodowe. Nie ulega wątpliwości, że Syria ściągnęłaby na siebie potępienie Stanów Zjednoczonych, jeśli wniosłaby skargę do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, a więc do organu sądowego Narodów Zjednoczonych. W 1984 roku małe państewko Nikaragua wniosła sprawę przeciwko Stanom Zjednoczonym za udzielanie oficjalnego wsparcia siłom Contras. Na decyzję trybunału trzeba czekać od roku do dwóch lat.

Nie powinno więc dziwić, że ostrożny sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon opublikował dość dziwny artykuł, w którym obarczył winą Syrię, ale też, zboczywszy nieco z toru, ocenił jako „nieodpowiedzialne ze strony obcych mocarstw podtrzymywanie wsparcia wojskowego stronom konfliktu, które dopuszczają się okrucieństw i w sposób rażący łamią prawa człowieka oraz podstawowe normy prawa międzynarodowego. Usilnie prosiłem Radę Bezpieczeństwa o nałożenie embarga na dostawy broni”.

Rzecz jasna Waszyngton wstąpił na tę drogę dopiero gdy wymógł na Bouthainie Shaaban, że Syria nie złoży skargi przeciwko Stanom Zjednoczonym. Ale w zamian za co? Chociaż amerykański dyskurs nadal godzi w Syrię, to całą pewnością prawdziwy cel znajduje się gdzie indziej – i nie jest nim po prostu Irak.

Destabilizacja sytuacji w Iraku trwa

A tymczasem w Iraku trwa natarcie ze strony ISIL. Udając zaskoczenie i chęć wspierania integralności terytorialnej Iraku, Waszyngton kieruje jednocześnie, z pomocą Francji i Arabii Saudyjskiej, działaniami dżihadystów.

Wobec powszechnego powątpiewania w prawdziwość bajki o szajce terrorystów, która w dwa dni opanowuje 2/3 terytorium dużego państwa, źródła dyplomatyczne w NATO i GCC zapewniają teraz, że do bojowników ISIL dołączyła mniejszość sunnicka. I nie ważne, że w strachu przez dżihadystami uciekło już 1,2 mln sunnitów i chrześcijan, bo takie wytłumaczenie lepiej osłania waszyngtońskie zaplecze logistyczne trwającej inwazji.

Jak można się było domyśleć, Stany Zjednoczone oświadczyły, że nie wyślą swoich wojsk do Iraku i grożą krajom, które by zamyślały iść na pomoc irackiemu rządowi federalnemu Nuriego al-Malikiego. Dlatego gdy ten ostatni podziękował Syrii za wkroczenie na terytorium

Iraku i zbombardowanie kolumn ISIL, John Kerry groźnie zmarszczył brwi: „Wysłaliśmy jasny komunikat państwom regionu, że nie potrzeba nam kolejnych incydentów podsycających i bez tego napięte już bardzo relacje między lokalnymi sektami”.

W swej niewyczerpanej dobroci prezydent Obama zgodził się wysłać 300 wojskowych, głównie do ochrony amerykańskich budynków publicznych, pozostawiając rząd Nuriego al-Malikiego na pastwę losu. Nie wiedząc co robić, premier szuka nowych sojuszników. Pożegnawszy się z myślą o amerykańskich F-16, zakupił bombowce od Białorusi i Rosji.

Z pomocą irackim szyitom wystąpił też Iran, wysyłając do Iraku broń i doradców, ale już nie żołnierzy. Z pewnością Teheran związany jest z Waszyngtonem jakimś porozumieniem, choćby niepisanym, o zniszczeniu Iraku. Bardzo ciekawe, co też wysoki przedstawiciel ONZ Jeffrey Feltman i dyrektor gabinetu prezydenta Hasana Rouhani mieli na ten temat do powodzenia w rozmowie z Bouthainą Shaaban, doradczynią syryjskiego prezydenta.

Możemy natomiast z pewnością twierdzić, że Iran i Syria uzależniły swoją pomoc w realizacji amerykańskiego projektu od zachowania korytarza transportowego łączącego te dwa kraje, i przeciętego przez siły ISIL.

Jakkolwiek by było, plan przekształcenia „rozszerzonego Bliskiego Wschodu” (Greater Middle East) zaczął konkretyzować się w Iraku i to pomimo nieudanych prób z 2003 i 2007 roku. Bo trzeba przyznać, że planu zniszczenia państwa nie da się wykonać w jeden dzień. Na to potrzeba co najmniej dziesięciu lat zaprogramowanego chaosu.

Jako pierwsi dali się nabrać Turcy, którzy odbyli w Ankarze rozmowę z Neczerwanem Barzani, premierem rządu regionalnego irackiego Kurdystanu. Ten zapewnił swych rozmówców, że w swym dążeniu do niepodległości nie zwróci Kirkuku rządowi federalnemu w Bagdadzie, uspokajając przy tym, że nie będzie podejmował prób wzniecenia irredenty wśród tureckich Kurdów. Ankara ma więc przed sobą trochę czasu, chociaż i tak nie zatrzyma rozpędzonego biegu wypadków, który w odpowiedniej chwili doprowadzi do rozłamu Turcji. Zapędzony w ślepą uliczkę rząd Recepa Tayyipa Erdoğana zamknął granicę z Syrią, ni stąd, ni zowąd przerywając wsparcie militarne i logistyczne, którego udziela od trzech lat zagranicznym najemnikom. Dziś turecki rząd obawia się nie tylko powstania Kurdów, ale też tego, że wojsko może wykorzystać sytuację i dokonać przewrotu.

Lokalny rozkład sił zmienia się w miarę zasilania szeregów ISIL przez byłych oficerów i żołnierzy Gwardii Republikańskiej prezydenta Saddama Husseina. Chcą się w ten sposób zemścić za to, że zostali odtrąceni przez obecny rząd, za co winią Stany Zjednoczone, Iran i Arabię Saudyjską. Mając doświadczenie w sprawowaniu funkcji kierowniczych, bez problemu odnajdą się dziś w pracy dla amerykańskiego rządu, tak jak przez długie lata czynił to ich lider Saddam Hussein. Wiedzą przy tym, że ambicje Iranu ograniczą się do ludności szyickiej, wobec czego kierują swoją zemstę przeciwko Arabii Saudyjskiej.

JPEG - 25.4 kb
[Prezydent Egiptu Abd al-Fattah as-Sisi gości na pokładzie samolotu saudyjskiego króla Abd Allaha.]

Arabia Saudyjska na celowniku

W takim kontekście Waszyngton uważa, że nastał czas przekształcenia królestwa saudyjskiego zgodnie z planem, który w 2002 roku w Pentagonie zaprezentował Laurent Murawiec. Francuski strateg zakończył swoje wystąpienie tymi oto trzema sentencjami: „Irak to oś taktyczna; Arabia Saudyjska to oś strategiczna; Egipt będzie nagrodą”. Innymi słowy, Saudów będzie można obalić dopiero po zrobieniu porządku z Irakiem, a ten, kto spowoduje ich upadek przejmie kontrolę nad Egiptem.

Świadoma zagrożenia dynastia saudyjska wzniosła się ponad spory rodzinne, aby bronić swoich wspólnych interesów. Po długich wczasach w Maroku król Abd Allah wrócił do Rijadu. Ale w drodze powrotnej saudyjski samolot wykonał międzylądowanie w Kairze. Nie mogąc się samodzielnie poruszać, król przyjął generała as-Sisi na pokładzie samolotu, gdzie oświadczył mu, że Waszyngton nie zdoła tak prędko odsunąć jego rodziny od władzy. I dla jasności zapewnił go, że królestwo saudyjskie zawsze miało kontrolę nad ISIL, oraz że to się nigdy nie zmieni. Dlatego postanowił ponownie wezwać do siebie na służbę księcia Bandara bin Sultana, który towarzyszył mu na pokładzie samolotu.

Od 2001 roku i faktycznej śmierci Osamy bin Ladena książę Bandar, arcymistrz w prowadzeniu niewypowiedzianej wojny był szefem światowego ruchu dżihadystów. Odsunięty został na wniosek Johna Kerry’ego po nieudanych próbach obalenia Bachara Assada i na tle kryzysu wokół broni chemicznej, który poróżnił obie strony. Powrót Bandara jest więc asem w rękach Saudów. Waszyngton pomarzyć tylko może o naszczuciu na Arabię dżihadystów dopóty dopóki Bandar ma swój udział w sprawie.

Gotując się ze złości, sekretarz stanu John Kerry udał się znienacka do Kairu, aby ostrzec prezydenta Abd al-Fattah as-Sisi przed stawianiem wszystkiego na jedną kartę. Istotnie – rządy wojskowe w Egipcie popadły w pełną zależność donacyjną od Arabii Saudyjskiej. John Kerry wysupłał więc 572 mln dolarów (co stanowi 1/3 tradycyjnej zapomogi dla Egiptu, zawieszonej od czasu zamachu stanu) i oznajmił o niezwłocznym dostarczeniu 10 śmigłowców Apache obiecywanych już od dawna dla ustabilizowania sytuacji na Wzgórzach Golan (a co za tym idzie dla zapewnienia bezpieczeństwa Izraelowi).

Podróżując tak z miejsca na miejsce i przygotowując grunt pod planowaną destabilizację Arabii Saudyjskiej, John Kerry wylądował 25 czerwca w Brukseli, gdzie odbywał się szczyt NATO. Podkreślił na nim, że sytuacja w Iraku powinna skłonić do „zastanowienia się w celach strategicznych nad możliwościami wywiadowczymi, przygotowawczymi, reakcją, szybkością reakcji i jej naturą”, innymi słowy nad „gotowością operacyjną”, która będzie tematem rozmów 4 i 5 września na kolejnym szczycie NATO w Walii.

Nazajutrz, 26 czerwca, sekretarz stanu spotkał się w Paryżu z głowami państw Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Jordanii. Jak podaje Associated Press Waszyngton liczy na to, że Arabia Saudyjska i Jordania wykorzystają plemiona Beduinów z obszarów przygranicznych do przewozu broni i pieniędzy dla wsparcia sunnitów z Iraku (czytaj: ISIL).

27 czerwca John Kerry był już w Arabii Saudyjskiej, gdzie spotkał się z Ahmadem Dżarbą, szefem Syryjskiej Koalicji Narodowej. Podkreślał wtedy, że Dżarba jest Beduinem z plemienia Szammar (podobnie jak król Abd Allah), wędrującego też po Iraku, a także, że „umiarkowana opozycja syryjska” może udzielić militarnej pomocy w ustabilizowaniu sytuacji w Iraku. Powstaje pytanie: jak ludzie „niezdolni”, pomimo udzielanego im wsparcia, do obalenia władzy w Syrii mogliby teraz odegrać jakąś rolę militarną w Iraku? I dlaczego Dżarba, związany z ugrupowaniem ISIL, miałby przeciwko niemu walczyć?

Saudyjska riposta

Tuż przed przyjęciem amerykańskiego sekretarza stanu Abd Allah postanowił „podjąć wszystkie konieczne kroki dla ochrony mienia narodowego oraz terytorium państwowego, zapewnienia bezpieczeństwa i stabilności narodu saudyjskiego (…) w razie gdyby organizacje terrorystyczne lub inne stworzyły zagrożenie dla bezpieczeństwa ojczyzny”.

Trzymając się tej samej logiki, król Abd Allah postanowił powierzyć irackie sprawy temu samemu Bandarowi bin Sultanowi, którego odprawił 15 kwietnia na prośbę nikogo innego, jak właśnie Johna Kerry’ego, a to z powodu niemożności obalenia Bachara Assada i nagłej animozji, jaką powziął wobec administracji Obamy.

Rijad jest gotów pomóc Waszyngtonowi w niszczeniu Iraku, ale nie pozwoli na to, by zawrzało w samej Arabii.

Zgodnie z otrzymanym przekazem, syryjski „rząd tymczasowy”, ustanowiony przez Koalicję Narodową, miałby odwołać generała Abda al-Ilaha al-Baszira i cały jego sztab generalny. Pozbawiona tak żołnierzy, jak i oficerów Koalicja narodowa miałaby pewność, że jak tylko otrzyma swoje obiecane 500 mln dolarów, to pieniądze te praktycznie od razu powędrują do rąk ISIL.

Thierry Meyssan

Źródło: www.voltairenet.org/article184577.html

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Kurdystan i Kalifat

Potrzeba było kilku tygodni, aby Kurdystan i Kalifat – dwa twory, którym niewielu wróżyło przyszłość – zaczęły nabierać realnych kształtów. Analiza Thierry Meyssan, którego zdaniem oba te twory działają z inicjatywy Waszyngtonu, znajduje potwierdzenie w trwającym zamęcie. W poniższym artykule autor przygląda się ostatnim kluczowym wydarzeniom.

 

JPEG - 19.1 kb

Z chwilą upadku Mosulu twierdziłem, że przyczyn obecnej wojny nie należy upatrywać w działaniach ISIL, lecz w skoordynowanej ofensywie dżihadystów i lokalnego rządu kurdyjskiego, podjętej w celu zrealizowania amerykańskiego planu przekształcenia państwa irackiego. Byłem wówczas odosobniony, i szedłem pod prąd ze swoją interpretacją, która już trzy tygodnie później okazała się bezspornym faktem.

Powstanie Kurdystanu

20 czerwca, nie bacząc na ostrzeżenia władz centralnych w Bagdadzie, lokalny rząd w Kurdystanie sprzedał Izraelowi ropę skradzioną ze złóż kirkuckich. Tranzyt ropy ułatwili rebelianci z ISIL, kontrolujący rurociąg, oraz Turcja, która nie sprzeciwiła się załadunkowi ropy na tankowiec w porcie Ceyhan.

25 czerwca, odsuwając na bok wszystkie nieporozumienia, partie polityczne irackiego Kurdystanu utworzyły lokalny rząd jednościowy. Do tej pory były podzielone między dwa obozy, jeden pro-turecki i pro-izraelski, kierowany przez Demokratyczną Partię Kurdystanu (KDP) skupioną wokół rodu Barzanich, a drugi pro-irański i pro-syryjski, kierowany przez Patriotyczną Unię Kurdystanu (PUK) zorganizowaną wokół rodu Tabalanich. Zjednoczenie tych dwóch frakcji byłoby niemożliwe bez uprzedniego porozumienia między Tel-Awiwem, Waszyngtonem i Teheranem.

Tego samego dnia druzyjski polityk Mendi Safadi, łącznik pomiędzy Izraelem i syryjskimi „Contras”, przekazał nowo obranemu przez Kneset prezydentowi Reuwenowi Riwlinowi list gratulacyjny od Kurdyjskiej Partii Lewicowej w Syrii, wzywający go zarazem do poparcia dla idei utworzenia suwerennego Kurdystanu obejmującego przygraniczne obszary Iraku i Syrii.

26 i 27 czerwca, minister zagranicznych Wielkiej Brytanii William Hague był z wizytą w Bagdadzie i Irbilu. Zgodnie z planem, wezwał premiera Nuriego al-Malikiego do utworzenia rządu „inkluzywnego”, dobrze wiedząc, że ten na to nie pójdzie. Owo ćwiczenie stylistyczne brytyjskiego ministra wywołało uśmiech na twarzach londyńskich komentatorów, którzy ocenili jego wskazówki jako „nieco spóźnione”. Hague dyskutował potem z Masudem Barzanim o niepodległości przyszłego Kurdystanu. I tym razem przyjazd Brytyjczyków okazał się momentem zwrotnym.

29 czerwca, wygłaszając przemówienie w Instytucie Studiów Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Telawiwskiego, premier Izraela Binjamin Netanjahu przełamał tabu oświadczeniem, że jego kraj poprze utworzenie niezależnego państwa kurdyjskiego. Wykazał jednak na tyle ostrożności, że przemilczał kwestię jego granic, które mogą jeszcze ulec przesunięciom.

3 lipca, prezydent rządu irackiego Kurdystanu Masud Barzani wezwał lokalny parlament do zorganizowania referendum w sprawie statusu politycznego regionu. Bez niespodzianek, Biały Dom zareagował na tę odezwę, ponawiając wyrazy poparcia dla „demokratycznego, pluralistycznego i zjednoczonego państwa irackiego”, a wiceprezydent USA Joe Biden odbył rozmowę w cztery oczy z szefem gabinetu Barzaniego, Fuadem Husseinem, w celu ustalenia szczegółów referendum.

Nie wydaje się możliwym, aby KDP (mająca większość w Iraku, ale będąca w mniejszości w Syrii) zdołała zorganizować referendum jednocześnie w obu krajach. Waszyngton będzie się więc musiał zadowolić minimalistyczną wersją Kurdystanu, obejmującą ziemie oderwane od Iraku, i wstrzymać się z podziałem Syrii i Turcji. Póki co nie przestaje uspokajać Damaszka (z którym na nowo podjął dialog) i Ankary, które nie wierzą tym zapewnieniom ani na jotę.

Ale pytanie jakie sobie wszyscy dzisiaj zadają dotyczy polityki zagranicznej, jaką poprowadzi nowo powstałe państwo. Dotąd Barzanim udało się uczynić z Kurdystanu prosperującą na tle Iraku wysepkę, zorientowaną politycznie na Izrael. Zachowanie tego kursu spowodowałoby całkowitą zmianę relacji strategicznych w regionie.

Widmo Kalifatu

A tymczasem ISIL, przemianowane na Islamskie Państwo (IS), proklamowało powstanie Kalifatu. W długim tekście, zliryzowanym i naszpikowanym cytatami z Koranu, dzihadyści ogłosili, że narzuciwszy prawo szariatu mieszkańcom rozległych obszarów Syrii i Iraku, nad którymi objęli kontrolę, doszli do wniosku, iż nastał czas Kalifatu. Oznajmili, że Kalifem został szef IS Abu Bakr al-Baghdadi, i że każdy wierzący, niezależnie od miejsca, w którym się znajduje, ma obowiązek podporządkowania się jego woli. Nie upubliczniono jak dotąd żadnego zdjęcia nowego przywódcy, nikt zatem nie wie, czy al-Baghdadi istnieje naprawdę, i czy „kalif Ibrahim” (przywódca doczesny i duchowy muzułmanów świata – przyp. tłum.) nie pełni wyłącznie roli straszaka.

O ile zajęcie północy Iraku zostało przychylnie przyjęte przez część islamskiej społeczności, o tyle roszczenia IS do kierowania nim w całości oceniane jest bardzo różnie.

Al-Kaida Islamskiego Maghrebu (AQIM) udzieliła wsparcia „bohaterom Państwa Islamskiego”, a Al-Kaida Półwyspu Arabskiego (AQAP) życzyła im dalszych zwycięstw i sukcesów. Niebawem powinniśmy też usłyszeć przysięgę na wierność z ust pozostałych oddziałów Al-Kaidy, nigeryjskiej sekty Boko Haram i somalijskiej al-Shabaab. A wtedy Al-Kaida porzuciłaby swój status organizacji terrorystycznej o światowym zasięgu, stając się państwem nieuznawanym.

Jakkolwiek by było, IS kontynuuje swój pochód z dużą ostrożnością. Dobrze wie, że w bojach nie wolno jej przestąpić pewnego progu i pilnuje, by nie uchybić interesom Waszyngtonu i jego sojuszników, także tych okolicznościowych. Dlatego w Samarrze, dla zapobieżenia konfliktu z Iranem, IS bardzo uważało na to, by w czasie ataków nie ucierpiały mauzolea szyitów-imamitów.

Dziś w Waszyngtonie podnoszą się coraz liczniejsze głosy wyrażające opinię, że lifting Iraku już się rozpoczął. Michael Hayden, były dyrektor NSA i CIA, w wywiadzie dla Fox News orzekł bezapelacyjnie: „Z chwilą zajęcia przez rebeliantów znacznej części ziem zamieszkałych przez sunnitów, Irak praktycznie przestał istnieć. Rozdział państwa jest nieunikniony”. W ślad za jego oświadczeniem popłynęły apele o zbrojną interwencję. James Jeffrey, były doradca George’a Busha i ambasador Stanów Zjednoczonych w Iraku za prezydentury Obamy skomentował sytuację następująco: „[Dżihadyści] nie cofali się nigdy, już wtedy, gdy pełniłem tam służbę w 2010, 2011 roku. Przegrali z kretesem i stracili poparcie w społeczeństwie. Siedzieliśmy im na karku, a oni nie potrafili się podnieść. Nic nie przemówi im do rozsądku, nic ich nie powstrzyma. Musicie ich zlikwidować”.

Różne stanowiska w tej sprawie przedstawiane są przez zachodnie media jako tocząca się debata pomiędzy zwolennikami podziału Iraku a zwolennikami utrzymania siłą jego integralności. W istocie rzeczy, trudno o bardziej klarowny plan, niż ten, z jakim nosi się Waszyngton: najpierw pozwolić dżihadystom na rozdział Iraku (niewykluczone, że i Arabii Saudyjskiej), a gdy już wykonają tę robotę, zgnieść ich na miazgę.

W oczekiwaniu na taki rozwój wypadków Obama naradza się i zwleka z odpowiedzią. Wbrew porozumieniom między Irakiem i Stanami Zjednoczonymi w dziedzinie obronności, wysłał zaledwie 800 ludzi, z czego tylko 300 dla wsparcia irackich żołnierzy. Pozostałym wyznaczono posterunek wokół amerykańskiej ambasady.

Thierry Meyssan

Źródło: www.voltairenet.org/article184628.html

KOMENTARZE

  • Poniżej film propagandowy Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu pt. "The Clanging of the Swords 4":
    http://pietervanostaeyen.wordpress.com/2014/06/02/al-furqan-media-salil-as-sawarim-part-iv/
    Film zawiera bardzo brutalne sceny z nowego etapu irackiej wojny, dlatego sugeruję dobrze się zastanowić, zanim się go odpali. Wkleiłem go tylko po to, aby zobrazować to, czym jest Islamskie Państwo Iraku i Lewantu i jakich metod ta wahabicka banda używa.
  • Tzw. Mapa Brzezińskiego rekonstrukcji Bliskiego Wschodu:
    http://patrz.pl/zdjecia/mapa-brzezinskiego
  • "powiew smrodu"
    "Thierry Meyssan" z pewnoscia nie jest "analitykiem", to jest pseudo-polityczny mlotek, tak wynika z jego "konspiracyjnych teorii".

    Podwyzszony stan idiotyzmu wykazywal juz dawno temu, na przyklad jak bredzil o tragedii w Beslan. Uznal, ze zostal wyznaczony do likwidacji przez dziennikarzy brytyjskich i amerykanskich, obecnie siedzi na melinie w Damaszku.

    Meyssan jest wyznania homoseksualnego, to z pewnoscia jest "powiew smrodu".
  • Bylo cymbalistow wielu -------------
    Cala kariera tego cwaniaka od ideologii homosiowej do zaanagazowania po stronie islamistow az po oszukancze metody "szukania prawdy" oznacza, ze jest wielkim blaznem. Wyrazy ubolewania dla tych, ktorzy na portalu Ekran bezmyslnie powoluja sie na idiotyzmy tego cymbala.
  • Ranger- Zmech
    http://www.youtube.com/watch?v=NMEU21TXRvk
    Tutaj podaje filmik z Thierry Meyssanem, ktory mieszka w Syrii i pochodzi z katolickiej, burzuazyjnej rodziny w Gironde, na poludniu Francji .Jego dziadek i ojciec byli znanymi intelektualistami zaangazowanymi w polityke ( takze miedzynarodowa) ..Fakt, podaja, ze zadeklarowal sie geyem i ze mieszka obecnie w Syrii, oraz jest proarabski i anty usraelski , co moze i drazni naszego yntelektualyste Rengera ...
  • autor
    http://www.youtube.com/watch?v=kxUSYl4oFxc
    Tutaj Thierry meyssan mowi prawde o sytuacjina UKraiinie ...
  • @powiew świeżości 11:46:00
    http://www.youtube.com/watch?v=4nOW8Y9CQyA
    Tutaj Thierry Meyssan dementuje klamliwe oswiadczenia politykow francuskich ...
    Pozdrawiam
  • @powiew świeżości 11:44:01
    http://www.youtube.com/watch?v=Ly0fW2TX-HE
    Tu Thierry Meyssan mowi o tym, co zostalo opisane w powyzszych tekstach. Poprzedni zamieszczony przeze mnie filmik pokazywal prawdziwe "obrazki" z wojny w Syrii, wobec klamliwych oswiadczen F.Hollanda, ze FRancja nie angazuje sie w Syrii...
  • Nawet gen. Waldemar Skrzypczak uczciwie przyznał na antenie TVN...
    ...że Państwo Islamskie to twór Zachodu:
    http://www.wykop.pl/ramka/2127972/gen-skrzypczak-to-zachod-stworzyl-dzihadystow-gorszych-od-al-kaidy/
  • Nawet media głównego ścieku, jak onet, mówią o tym, że rzekoma egzekucja Foleya, to teatrzyk:
    http://wiadomosci.onet.pl/swiat/film-z-egzekucji-foleya-falszywka-widac-dwoch-roznych-terrorystow/9t1cg
    http://zezorro.blogspot.com/2014/08/isis-obcinamy-gowy.html
    Nawet antypapież Franciszek został zaangażowany do tego widowiska:
    http://www.rp.pl/artykul/1134982.html

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

ULUBIENI AUTORZY

więcej