Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
90 postów 562 komentarze

IPN plugawi historiografię genderyzmem

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Dwa teksty prof. Sławomira Cenckiewicza o tym, jak IPN pod wodzą prezesa Łukasza Kamińskiego zaczął plugawić polską historiografię genderyzmem.

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

IPN na genderowym szlaku

Realna bitwa o pamięć i sens polskości nie dotyczy sporu o Powstanie Warszawskie, ale rozgrywa się tu i teraz, na naszych oczach. Instytut Pamięci Narodowej przechodzi w tej batalii na pozycje lewicowe.

Swój stosunek do Instytutu Pamięci Narodowej patriotyczna prawica redukuje niemal wyłącznie do sfery symbolicznej i pilnowania spraw związanych z ekshumacjami bohaterów na powązkowskiej „Łączce”. Tymczasem poza kontrolą opinii publicznej odsuwa się na boczny tor lub wyrzuca z pracy odważnych historyków i urzędników. Dominujące stają się politycznie poprawne trendy badawcze, a nierzadko fałszowanie dziejów LWP, PZPR, opozycji i Solidarności, a nawet zapraszanie z Ameryki z referatem Jana Tomasza Grossa do centrum konferencyjnego im. Janusza Kurtyki, który przed swoją śmiercią zdążył nazwać autora „Sąsiadów” „wampirem historiografii”...

Równolegle z tym, co medialne i doraźnie szokujące dla opinii medialnej, w IPN trwa groźna dla polskiej pamięci rewolucja, która uderza w zasady nauk historycznych i ma przebudować naszą pamięć oraz świadomość narodową zgodnie z duchem rewolty kulturowo-obyczajowej. Z pieniędzy podatników w IPN zainicjowano lewacki kierunek badań naukowych – gender studies – który ma nie tylko zrewidować i zreinterpretować polskie dzieje przez pryzmat płci społeczno-kulturowej, ale także promuje homoseksualizm, aborcję i walkę z rzekomą opresją Kościoła katolickiego.

Kłopoty z seksem czy z IPN?

W 2012 r. IPN wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim opublikował książkę „Kłopoty z seksem w PRL. Rodzenie nie całkiem po ludzku, aborcja, choroby, odmienności” pod redakcją prof. Marcina Kuli. Po raz pierwszy dumne logo instytutu na okładce, z orłem otoczonym drutem kolczastym symbolizującym zniewolenie Polaków w latach 1939–1989, firmowało książkę kłamliwą i przewrotną w swoim przekazie, na której treść składają się cztery rozprawki lewicowych badaczy na temat chorób wenerycznych, aborcji, położnictwa i ruchu gejowskiego w PRL.

Oto jej pomysłodawca i opiekun naukowy autorów – Marcin Kula, od lat relatywizujący komunistyczny totalitaryzm i psujący jakość polskiej historii wynurzeniami o drugorzędności faktów oraz bezsensowności wycierania spodni w archiwach – sugestywnie oznajmił we wstępie, że walka o przyrost naturalny (a w domyśle: obrona życia dzieci nienarodzonych) i nieakceptowanie homoseksualizmu są cechami charakterystycznymi zamordystycznych totalistów spod znaku Hitlera, Ceaușescu i Czerwonych Khmerów! Patrząc z tak zakłamanej perspektywy, październikowa zmiana 1956 r., wprowadzenie aborcji na życzenie i kilkunastoletnia era rządów Gomułki jawią się Kuli tyleż postępowo, co demokratycznie, pragmatycznie i wręcz modernizująco:

„W 1956 r., wraz z kryzysem końca Planu Sześcioletniego oraz ogólną liberalizacją, potrzeby zaczęły choć trochę dochodzić do głosu, a realne życie przypominało o sobie. Zaczęto mówić o planowaniu rodziny, powołano pewne stowarzyszenia i instytucje działające w tym zakresie, w szkołach zaczęto uczyć nie tylko o pantofelku i królikach, ale eksperymentalnie wprowadzono przedmiot ‘higiena’(!), poświęcony życiu seksualnemu. Pojawiły się środki antykoncepcyjne – skądinąd mało pewne (prezerwatywy często pękały!). W 1956 r. uchwalono ustawę aborcyjną. Jak swego czasu chciano większego przyrostu naturalnego, zwłaszcza na Ziemiach Zachodnich, wówczas zwanych ‘Odzyskanymi’(by ‘odzyskane’ zaludnić Polakami), tak Władysław Gomułka, powróciwszy do władzy, był przerażony perspektywą napłynięcia na rynek pracy wyżu demograficznego, zrodzonego w powojennym entuzjazmie. Ten jego strach był zresztą jedną z przyczyn podnoszenia poziomu inwestycji (by przygotować miejsca pracy dla przyszłych robotników) – czyli przyczyną jednego ze zjawisk bardzo bogatych w konsekwencje dla dalszej historii kraju. Ten strach skłaniał też do posunięć na rzecz ograniczenia przyrostu naturalnego”.

Jazda antykatolicka

Jednak to, co Marcin Kula w charakterystyczny dla siebie sposób owija w bawełnę, tworząc mało wiarygodne interpretacje gomułkowszczyzny (zapewne poza pękającymi prezerwatywami!), jego uczennica Aleksandra Czajkowska wyłożyła wprost w tekście poświęconym ustawie aborcyjnej z 27 kwietnia 1956 r.: „Wprowadzając ustawę legalizującą przerywanie ciąży, władza w pełni realizowała postulat równouprawnienia, dając kobietom możliwość wyboru, czy chcą być matkami, czy też nie. Postulat równouprawnienia może być wszakże realizowany poprzez uświadamianie kobiet i udostępnienie środków antykoncepcyjnych”. Co ciekawe, głosy nielicznych katolików broniących dzieci nienarodzonych w Sejmie PRL, choć przecież powiązanych z reżimem, Czajkowska uznała za sprzyjające komunistom (wprowadzającym przecież aborcję na życzenie!), gdyż „przyzwolenie na publiczne głoszenie poglądów odmiennych od stanowiska partii stwarzało pozory demokracji, wolności słowa i przekonań”. Swą analizę ustawy aborcyjnej i jej konsekwencji Czajkowska rozpoczęła jednak… od przybliżenia stanowiska Kościoła katolickiego w sprawie dzieciobójstwa, bo przecież „nauka Kościoła miała przemożny wpływ na ustawodawstwo świeckie. Zasada, że płód podlega ochronie i ma prawo do życia jak każda inna istota ludzka, mocno zakorzeniła się w świadomości społecznej”. Na tyle „mocno”, że „już w pierwszych latach po wyzwoleniu” (przez Armię Czerwoną!) „dominował głos przeciwników spędzania płodu”. Tym samym to katolicy zdołali niejako reżimowi Bieruta i Bermana narzucić swój pogląd na aborcję, po jej legalizacji w 1956 r. próbowali zaś wrócić do antyaborcyjnego stalinizmu, stosując klauzulę sumienia w zawodzie lekarza i pielęgniarki, naciskanych dodatkowo przez duchowieństwo katolickie z prymasem Wyszyńskim na czele.

Czajkowska na tym nie poprzestaje i próbuje przybliżyć przyczyny tak opresyjnego stanowiska Kościoła katolickiego. Nie wiedząc nic chociażby o wczesnochrześcijańskich i XIII-wiecznych dysputach teologicznych na temat początku życia oraz duszy człowieka, pozbawiona elementarnych kompetencji teologicznych postępowa historyczka oznajmiła kategorycznie, że „dopiero pod koniec XIX wieku w obrębie Kościoła katolickiego zaczęły pojawiać się teorie uznające moment poczęcia jako moment powstania człowieka”, czemu miał „sprzyjać kult Niepokalanego Poczęcia Marii". Owe XIX-wieczne „teorie” podszyte kultem „Marii” miały doprowadzić wkrótce do potępienia aborcji „jako sposobu ukrycia grzechu seksualnego” (sic!), a później „jako czegoś, co bezpośrednio zagraża ludzkiemu życiu” (sic!).

Później genderowa nowomowa, w której nie ma miejsca na metafizykę i przypominanie troski Kościoła o zbawienie dusz abortowanych dzieci pozbawionych chrztu świętego, przypomina język marksistów: „Przyjęcie jednolitego stanowiska w kwestii aborcji zarówno przez prawo kanoniczne, jak i naukę papieską świadczyło o postępującej centralizacji w Kościele katolickim”, a „ugruntowanie się poglądu na aborcję jako ‘zła’ moralnego, według Jane Hurst jest zarówno próbą konsolidacji autorytetu Kościoła w tej kwestii, jak i ruchem skierowanym w stronę obrony integralności rodziny”.

Ideologiczne zaangażowanie autorki i bój o aktualne prawo do aborcji okazały się jednak silniejsze nawet od ustawy o IPN określającej ramy czasowe badanych zagadnień jako lata 1939-1990. Swoje przemyślenia na temat prawa do aborcji Czajkowska przenosi w epokę III RP. Cytując „ustalenia” Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny „marszałkini” Wandy Nowickiej w kwestii „podziemia aborcyjnego”, formułuje lewacko-feministyczne wnioski, które nigdy nie powinny pojawić się w publikacji IPN: „Ustawa antyaborcyjna, zamiast rozwiązać problem, jak się wydawało i wydaje wnioskodawcom oraz jej zwolennikom, znacznie pogarsza sytuację kobiety i dziecka. Niemożność wyegzekwowania przysługującego im prawa prowadzi do tego, że kobiety nielegalnie usuwają ciążę. Ustawa ta przede wszystkim godzi w dobro kobiety i odbiera jej możliwość samodzielnego podejmowania decyzji. Obrońcy życia poczętego (pro-life) uważają, że dzięki postępowi medycyny zmniejszyło się zagrożenie dla życia i zdrowia kobiety ciężarnej, minimalizują zjawisko gwałtu, sugerują także, iż to ofiara jest prowokatorem. W ogóle nie biorą pod uwagę gwałtów i przemocy w rodzinie. Eksperci katoliccy kwestionują także znaczenie społecznych przyczyn aborcji, uzasadniając swe poglądy tym, iż zabijanie dzieci z biednych rodzin nie zlikwiduje nędzy. Zwolennicy prawa do wolnego wyboru (pro-choice) mówią, iż narzucanie całemu społeczeństwu, za pośrednictwem instytucji państwowych, zasad współżycia odwołujących się do dogmatów religijnych jest sprzeczne z ustrojem demokratycznym oraz przejawem nietolerancji wobec tych obywateli, którzy nie są katolikami”.

Komunokatolicyzm i geje

W podobnym duchu utrzymana jest też rozprawka Agaty Fiedotow na temat ruchu gejowskiego w PRL w latach 1981-1990 i jego związków z międzynarodówką homoseksualną. Również ona widzi analogie między homofobiczną postawą Kościoła katolickiego a stanowiskiem komunistów niechętnych „zachodnim nowinkom”. Fiedotow podobnie jak Czajkowska daje popis swojego teologicznego przygotowania. Nie znajdując (a raczej nie znając) podstaw doktrynalnych do potępienia praktyk homoseksualnych przez Kościół, obwieszcza zdecydowanie, jak przystało na nowy typ historyka z IPN, że przecież „żadna z Ewangelii nie podejmowała wprost kwestii homoseksualizmu, pojawiła się ona w Listach Apostolskich, gdzie ‘mężczyźni współżyjący z mężczyznami’ wymieniani byli pośród innych grzeszników, którzy nie trafią do Królestwa Bożego”.

W ten sposób Kościół katolicki, w oparciu o wątpliwe stanowisko odosobnionego w homofobii św. Pawła, dawał niejako przyzwolenie na działania milicji i bezpieki tropiących, rejestrujących i goniących homoseksualistów w PRL, stwarzając klimat szczelnej opresji. „Przy dużym znaczeniu Kościoła katolickiego w Polsce, szczególnie widocznym w latach osiemdziesiątych, nauka Kościoła dotycząca homoseksualności dla wierzących osób homoseksualnych była źródłem wielu wątpliwości i konfliktów sumienia. W środowiskach homoseksualnych Kościołowi przypisywano odpowiedzialność za niezadowalający poziom społecznej tolerancji i konserwatyzm polskiego społeczeństwa” – czytamy w „Kłopotach z seksem w PRL”. I dalej: „Dlatego też temat stosunku Kościoła czy szerzej chrześcijaństwa do kwestii homoseksualizmu pojawił się kilkakrotnie w drukach gejowskich. Kwestię podejmowano na dwa sposoby – otwarcie krytykując stanowisko Kościoła katolickiego lub powołując się na wypowiedzi przedstawicieli lub teologów kościołów protestanckich, przyjmujących znacznie liberalniejszą postawę wobec homoseksualnych wiernych. Kościołowi zarzucano ‘wstecznictwo’, a wyznawcom ‘dewocję’”. Niechętnie odnoszono się do ogłoszonego wówczas stanowiska Kościoła w sprawie homoseksualizmu, papieżowi, odpowiedzialnemu za taki jego kształt, przyznano „nagrodę homofoba”.

Przewrót

Kiedy w 2012 r. IPN wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim opublikował skandaliczną książkę „Kłopoty z seksem w PRL. Rodzenie nie całkiem po ludzku, aborcja, choroby, odmienności”, niektórzy z moich kolegów tłumaczyli mi, że jest to inicjatywa jednorazowa. Według nich miał to być pojedynczy lewacki wybryk, będący wyłącznie przemyślanym przez politycznych makiawelistów z Rady IPN i gabinetu prezesa IPN ukłonem w stronę „Wyborczej”, która uśpiona lojalnością ideową odnowionego instytutu zaprzestanie w ten sposób ataków na IPN.

Okazało się jednak, że tom „Kłopoty z seksem w PRL” był jedynie próbą rozpoznania sytuacji bojem. Patrioci mało czytają, więc książki atakującej Kościół, broniącej prawa do aborcji i publicznego przyzwolenia na homoseksualizm nie zauważyli, co oznaczało, że w instytucie można posunąć się jeszcze dalej, inicjując i finansując (także na zewnątrz IPN) badania genderowe. Jednak w praktyce wszystko zaczęło się w instytucie jeszcze w czasie „bezkrólewia” – po Smoleńsku i śmierci Janusza Kurtyki, a przed wyborem Łukasza Kamińskiego na stanowisko prezesa IPN. Zapowiedzią genderowego przełomu była międzynarodowa konferencja naukowa zorganizowana w kwietniu 2011 r. przez Biuro Edukacji Publicznej IPN: „Kobiety w oporze społecznym i opozycji w Polsce 1944-1989 na tle porównawczym”, która stała się później niejako lewicowym wianem do prezesury Kamińskiego, którego niezależnie od tego poparła zgodnie koalicja PO-PiS (od głosu wstrzymał się jedynie Antoni Macierewicz).

Nieprzypadkowo szczęśliwy z powodu wskazania Kamińskiego przez Radę IPN na prezesa w maju 2011 r. Adam Leszczyński z Krytyki Politycznej pisał na łamach „Gazety Wyborczej” (1 czerwca 2011 r.): „Szef Biura Edukacji Publicznej [Kamiński] patronował w kwietniu pierwszej w historii Instytutu konferencji ‘genderowej’ o roli kobiet w oporze społecznym w krajach komunistycznych po II wojnie światowej. To świadczyłoby, że nie jest tak konserwatywny i zamknięty na nowe prądy w nauce jak duża część kadry IPN”.

Niestety, publicysta „Wyborczej”, o którym widujący go czasem w przedsionkach centrali IPN niektórzy pracownicy mówią dzisiaj, że jest nieformalnym doradcą prezesa (ale też doradcą szefa gabinetu prezesa IPN), miał rację. Odnowiony IPN zatrudnił grupę lewicowych aktywistów rekrutujących się z seminariów magistersko-doktoranckich profesorów Kuli, Eislera oraz Friszkego i wykorzystując publiczne środki, zaczął podążać za rewolucyjnymi koncepcjami nauki. Efekty tych działań są coraz bardziej widoczne.

Kilka tygodni temu, właśnie pod auspicjami prezesa Kamińskiego (i z jego klimatyczno-genderowym artykułem na temat „dobrowolnej abdykacji” Polek w ruchu Solidarności „pozostawiającym odgrywanie aktywnej roli mężczyznom”!), ukazała się już druga z genderowych książek IPN. Pozornie nie jest ona aż tak radykalna jak „Kłopoty z seksem w PRL”, gdyż nie porusza ona w takim stopniu jak poprzednio spraw najbardziej drażliwych – aborcji i homoseksualizmu, lecz jedynie, jak mawiają genderyści, „poszerza feministyczną perspektywę” dziejów oporu społecznego w PRL. „Płeć buntu. Kobiety w oporze społecznym w Polsce w latach 1944-1989 na tle porównawczym” (pod redakcją Natalii Jarskiej i Jana Olaszka) to pokłosie genderowej konferencji z 2011 r., w której razi bełkot genderowej nowomowy w rodzaju: „Płeć kulturowa była rolą, sposobem zachowania się, kluczem do tradycyjnego porządku”; „Konsekwencją kultury stawiającej wysoko przywództwo i ideologię jest marginalizacja kobiet jako podmiotów historii”; „W czasie tych zebrań [mowa o oporze przeciwko kolektywizacji] kobiety wiele razy wyrażały swe emocje sposobami kulturowo związanymi z płcią. Częste więc były krzyki, przeraźliwe piski, lamenty i zawodzenia”… Poruszona głupotą tej nowomowy i banalnością zideologizowanych wniosków autorów „Płci buntu” Beata Zubowicz słusznie pisała niedawno na łamach „Rzeczpospolitej” (27 czerwca 2014 r.): „Wnioski, jakie wysuwa część autorów artykułów zebranych w tomie ‘Płeć buntu’, są nużąco powtarzalne. Można je streścić tak: wiele zachowań w czasie oporu przeciwko komunistycznej władzy determinowanych było przez płeć kulturową (cokolwiek to znaczy). Czy aby do tego dojść, naprawdę trzeba aż organizować międzynarodową konferencję, której książka jest efektem? Mój wniosek będzie więc taki: bez genderowej hucpy książka mogłaby być znacznie ciekawsza. Szkoda, że nie zauważył tego IPN”.

„Genderowa hucpa”

To właśnie „Płeć buntu”, według jednego z recenzentów książki Pawła Pleskota, wyznaczonego przez obecne kierownictwo instytutu na wyrocznię niemal w każdym obszarze badawczo-historycznym, stanowić ma przełom w badaniach nad PRL. Pleskot pisze o tym wprost, zachęcając historyków z IPN do pogłębienia tego kierunku badań: „’Gender studies’, mimo, że zaliczają się do najmodniejszych kierunków współczesnej historiografii, socjologii i antropologii, w dalszym ciągu nie zdobyły sobie należytego miejsca w publikacjach naukowych Instytutu Pamięci Narodowej. A przecież, jak słusznie zauważają redaktorzy tomu, rola kobiet w organizacji i realizacji oporu społecznego była niebagatelna, dlatego też warto ją badać i o niej pisać. Na szczęście nowe publikacje dotyczące problematyki antysystemowych działań w Polsce Ludowej zaczynają dostrzegać tę tak ważną perspektywę, choć można się zastanawiać, czy czynią to w wystarczającym stopniu”.

Z powodzeniem tę nowomowę z historycznym fałszem połączył w artykule wspomniany wcześniej publicysta „GW” i funkcjonariusz Krytyki Politycznej. W IPN-owskiej „Płci buntu” Leszczyński występuje jako badacz afiliowany przy Instytucie Studiów Politycznych PAN. Ideologiczne zacietrzewienie każe mu zrewidować stosunek do antykomunistycznego ruchu lat 1976-1989 ze względu na jego patriarchalne spojrzenie na rolę kobiety jako żony i matki. W tekście „Kobitki gołą dupę mu pokazywały. Gender i protest włókniarek w Żyrardowie (listopad 1981)” Leszczyński demaskuje fałsz antykomunistycznego oporu: „Dla demokratycznej opozycji walka o prawa kobiet w miejscu pracy nie była problemem. Walczono raczej o bardziej dostępne przedszkola i żłobki oraz dłuższe urlopy macierzyńskie, co podkreślało rolę kobiety jako żony i matki”.

Opisując protest kobiet w Żyrardowie, Leszczyński jakby na marginesie wskazuje pośrednio na Annę Walentynowicz jako winną tej sytuacji. Walentynowicz, która nie tylko jest symbolem Sierpnia ’80 i Solidarności, ale także uosabia los kobiet upodlonych przez komunizm z powodu ich przekonań (katolicyzm), zdecydowanego sprzeciwu wobec aborcji, antykomunizmu (tu przesądza sprawę krytyka Okrągłego Stołu) oraz paradoksalnie ich aktywności publicznej również na rzecz kobiet od lat 50., w absurdalnej genderowej narracji jest rzecznikiem patriarchatu i upolityczniania kobiecych wystąpień. Nie mieści się zatem w opowieści IPN o kobietach antykomunistkach. Ta zaszczytna rola przypadła wyłącznie lewicowym aktywistkom z jednego towarzystwa (i, co ważne, zwolenniczkom zmowy w Magdalence!) w rodzaju Ludwiki Wujec, Ewy Kulik, Heleny Łuczywo czy Joanny Szczęsnej.

***

Polska prawica i jej patriotyczne media zamiast przyglądać się genderowym szaleństwom IPN, które w perspektywie dekady przeformatują umysły młodych Polaków i unieważnią zastaną tradycyjną polskość, prowadzi wyniszczającą i bratobójczą wojnę o ocenę Powstania Warszawskiego. Tymczasem realna bitwa o pamięć i sens polskości nie dotyczy wydarzeń sprzed 70 lat, ale rozgrywa się na naszych oczach. Jeśli nie będziemy się temu przyglądać, to może być za późno. Półeczka w biblioteczce „gender studies by IPN” ma już dwie pozycje, ale niestety mają być następne. Pamiętajmy o tym także wówczas, kiedy podczas kolejnej konferencji prasowej prezes IPN uroczyście poinformuje o nowym etapie prac ekshumacyjnych na „Łączce”…

Sławomir Cenckiewicz

(„Do Rzeczy”, nr 35/2014)

 

 

Ściema

Mój artykuł „IPN na genderowym szlaku” wywołał nerwową reakcję władz instytutu, których głównym problemem komunikacyjnym było do tej pory wytłumaczenie zawiłości prawnych związanych z tymczasowym fiaskiem prac ekshumacyjnych na „Łączce”. Tekst o lewackich wynurzeniach na temat Kościoła, aborcji, homoseksualizmu i Anny Walentynowicz, zaprezentowanych w dwóch publikacjach książkowych IPN („Kłopoty z seksem w PRL” i „Płeć buntu”), pokazał problem znacznie poważniejszy i groźniejszy niż tylko proceduralne prze­szkody uniemożliwiające identyfikację naszych narodowych bohaterów - próbę wpisania się tej zasłużonej dla polskiej pamięci instytucji w rewolucję społeczną redefiniującą podstawowe wartości rodzinne i narodowe.

Może dlatego mamy w ostatnim czasie do czynienia z tak emocjonalną reakcją przedstawicieli kierownictwa IPN. Ich polityka informacyjna od połowy 2011 r. polega na odrębnym komunikowaniu się z prawicowymi patriotami, widzący­mi w instytucie samo narodowe dobro i skarb, oraz z lewicowo-liberalnym salonikiem, który zdobył w Radzie IPN oraz otoczeniu prezesa spore wpływy i robi wszystko, by skończyła się era „szambonurków” zanurzonych w teczkach i szkodliwej lustracji. Stąd też doszło do zmiany formuły znienawidzonego przez salonowców „Biuletynu IPN” na nudziar­ską „Pamięć.pl”. W tej nowej formule pisar­skiej ciężkostrawne dłużyzny Krzysztofa Gottesmana przeplatają się choćby z ku­riozalnym utyskiwaniem na powszechne „podkreślanie, iż w ramach Zbrodni Katyńskiej wymordowano elitę narodu" (Kamila Sachnowska), czy szkicem o rze­komo bohaterskim boju niejakiego prof. Andrzeja Targowskiego o rozwój informatyczny i system PESEL w PRL (Bartłomiej Kluska). Bohater „Pamięci.pl” był w rzeczywistości już w 1961 r. zareje­strowany przez Departament II jako KS/ KO ps. Janusz i przez następne lata współpracował z bezpieką (zachowały się nawet własnoręcznie napisane donosy), a później - w związku z zatrudnieniem Targowskie­go w Ośrodku Informatyki MSW - został nawet pracownikiem kadrowym (bez stopnia) MSW! Podobnych kwiatków w tej „lepszej" formule edukacyjnej „Pamięci.pl” nazbierało się znacznie więcej.

W każdym razie w polemice ze mną prezes i jego zastępca argumentowali, że „Kłopoty z seksem w PRL” i „Płeć buntu” to jedynie promil w całym (w domyśle: świet­nym) dorobku pisarskim instytutu po 2011 r., o którym przecież nie trakto­wał mój tekst (a byłoby o czym pisać...). Na pierwszy ogień prezes Kamiński wysłał do mediów swego nowo mianowanego zastępcę Pawła Ukielskiego, który już w pierwszych słowach uspo­koił mnie: „Żadnego lewackiego odchyle­nia w IPN nie ma i nie będzie!”. Uff. Powie­dział nawet, że z częścią moich uwag się zgadza, podkreślając jednak, że za „Kłopoty z seksem w PRL” odpowiedzialność bierze wyłącznie Rada IPN, a nie prezes czy pion naukowy instytutu. Z tego by wynikało, że członkowie wysokiej Rady IPN, dajmy na to Friszke i Dudek, mogą na własną rękę wydać sobie w IPN dowolną książkę, nakleić na jej okładkę logo instytutu, wybrać i opłacić recenzentów, zlecić skład i łama­nie, a potem ją wydrukować. Niesamowite, Rada IPN prowadzi swoją paralelną do Biura Edukacji Publicznej IPN działalność wydawniczą! Chętnie - na podstawie usta­wy o dostępie do informacji publicznej - zapoznam się z tą procedurą.

Jednak w tłumaczeniach Ukielskiego, powtórzonych później przez Kamińskiego (który robi ze mnie genderystę z powodu książki o Walentynowicz!), pojawiła się także próba obrony książki „Płeć buntu”. „Jeśli genderem nazywać się będzie wszyst­ko, co dotyczy płci czy kobiet, to dojdziemy do absurdu” - grzmiał Ukielski, zapomina­jąc, że nie tylko treść „Płci buntu” (polecam mu wstęp i tekst Adama Leszczyńskiego), ale także fragment recenzji zamieszczony na okładce tej książki reklamuje ją jako początek genderowych badań w IPN.

W tym reaktywnym i kłamliwym zamulaniu rzeczywistości prezesi Kamiński i Ukielski zapomnieli jednak dodać, że nie dalej niż w tym roku na łamach ich sztandarowej „Pamięci.pl” wyznaczyli już nowy kierunek badań naukowych poświęconych płci kulturo­wej, zamieszczając wywiad z czołową europejską genderystką Andreą Petó. Cóż tam znajdujemy? Proszę: „Istnieje kilka możliwości badania historii gender w komunizmie. Pierwszy to prześledze­nie, jak dyskurs o komunizmie stał się dominującą, kanoniczną opowieścią. A ten kanon wyklucza zniuansowane interpretacje, jeśli nie są one pokazywane przez pryzmat cierpienia. Nowa książka Małgorzaty Fidelis »Women, Communism, and Industrialization in Postwar Poland« na temat robotnic jest bardzo dobrym tego przykładem, ponieważ pokazuje, jak te kobiety cieszyły się i wykorzystywały możliwości rozwoju i awansu w syste­mie komunistycznym. Jeśli patrzeć na komunizm wyłącznie jako na straszny system powodujący cierpienia u wszyst­kich, to gubi się całkowicie te historie i działania tych, którzy żyli i zmagali się z rozmaitymi problemami w tym czasie. Drugi poziom analizy jest związany z zasadniczo patriarchalnymi cechami systemu komunistycznego".

To pewnie również ani niegroźne, ani nie gender. Gratuluję wam, panowie preze­si, dobrego samopoczucia!

Sławomir Cenckiewicz

(„Historia Do Rzeczy”, nr 10/2014)

 

KOMENTARZE

  • IPN był organizowany przez Kieresa i Żydowski Instytut Historii lecz znalazxło sie tam wielu historyków podobnych prof Kurtyce
    Andrzej Tym Lublin, dnia 2. 04.2001r.
    20-142 Lublin ul. Cedrowa 26
    tel. 747 91 51
    Seminarium IPN „Zagłada Żydów na Lubelszczyźnie. Stan badań”
    Czyli jak od nowa badać zagładę Żydów w celu jej „odkłamania” i wykazania
    win i kolaboracji strony polskiej „która była większa od konspiracji”

    5.01.2001r..w lubelskim oddz. IPN dyr. Andrzej Borys otwierając seminarium podkreślił kilkakrotnie, że Żydzi obecnie mając własną ziemię i wspaniałe państwo Izrael „znaleźli się w diametralnie różnej sytuacji niż dawniej”. Wspomniał swój pobyt w Izraelu i spotkania ze wspaniałymi ludźmi. Zachęcał swych pracowników do wyjazdów do Izraela.
    Badania holocaustu – tylko oddzielnie od badań ludobójstwa na Polakach.
    Pierwszy referent R. Kuwałek ocenił badania nad „akcją Reinhard”jak nazwany został organizacyjnie i technologicznie planowany jako bezwzględny i zupełny „endlosung” czyli holocaust Żydów na terenie lubelskiego dystryktu Generalnej Guberni rozpoczęty w marcu 1942r. R. Kuwałek poprzednie badania podzielił na okres bezpośrednio po wojnie gdy„ z przyczyn ideologicznych” ludobójcy ścigani byli za ludobójstwo bez rozróżniania czy ofiarami byli Żydzi czy Polacy.
    Nie uwzględniano wówczas, że „strona polska, to nie tylko ofiary, ale Polacy winni ludobójstwa na Żydach” („ ideololgia” nie była taka zła ?). W następnym okresie szczególnie w związku z wojną arabską i marcowym antysemityzmem 1963r. zaniedbywano dochodzenia i badania holocaustu.
    Referat miał więc funkcje krytyki lubelskiego środowiska historyków i prawników
    w dużym stopniu związanego z Muzeum na Majdanku i innymi instytucjami prowadzącymi dosyć wnikliwe badania i dochodzenia w zakresie ludobójstwa dawniej powszechniej zwanego niemieckim a później hitlerowskim był to dział historii i stosowania prawa w miarę wolny od bezpośrednich nacisków „ideologicznych” , a szczególnie antysemickich.
    Konieczność odrębnego badania ludobójstwa na Żydach jest wg referenta tak oczywista, że można mieć wątpliwości czy inne zbrodnie np. na Polakach nie powinny być teraz traktowane i upamiętniane możliwie nienaukowo, tak jak zbrodnie dokonane na Zamku Lubelskim w okresie 1944 –1954.(jeśli nie wiadomo dla czego, to chociażby dla funduszy).
    Jako najbardziej oburzający i niegodny komentarza przykład niewłaściwości badań
    „Akcji Reinhard” R. Kuwałek przytoczył zdanie z pracy nad zbrodniami hitlerowców
    w Tomaszowie Lubelskim – „wielu Żydów i Polaków z Tomaszowa Lubelskiego zostało
    zamordowanych w Sobiborze”. Jednak można wbrew referentowi i bardziej zdecydowanie
    oburzonej części słuchaczy uważać, że prawda może tkwić jednocześnie w dwu ludobójstwach,
    a nawet łącznie z palestyńskim.
    Być może, że do Sobiboru wywożono tylko i wyłącznie Żydów zdefiniowanych formalnie zgodnie z opartą na analogiach hodowlanych definicją Żyda podaną w rozporządzeniu gub. H. Franka z 24.07.1940r. wymagającą aż troje dziadków rasowo żydowskich, lub dwoje dziadków
    i przynależność do gminy wyznaniowej w dniu 1.09.1939r. lub później, lub małżeństwa z Żydem
    i przynależności do gminy, lub pochodzenia z nieślubnego związku z Żydem jeśli się będzie urodzonym po 31 maja 1941r.
    Definicja ta opracowana być może w okresie gdy Hitler nosił się z planami osiedlenia
    wszystkich Żydów na Madagaskarze (może jako bliższym Palestyny), lub tymczasem
    w Generalnej Guberni „tymczasowo zamieszkiwanej przez Polaków”, lub w jej lubelskim dystrykcie - była zupełnie różna nie tylko od matriarchalno pokoleniowej i diasporowo inwazyjnej definicji talmudycznej ale także od popularnych szczególnie w Polsce wyobrażeń i kryteriów wyznaniowych, narodowościowych i „mniejszościowych”.
    Wielu „Żydów” definiowanych zarówno hodowlanie jak i talmudycznie nie uważało się za Żydów narodowych i często dzięki usłużności innych mieli pierwszeństwo do transportów śmierci od Żydów bardziej przekonanych do boskiego wybraństwa swej żydowskiej narodowości. Może nawet holocaust wynikał z groźby naturalizacji Żydów lub trudności definicji Hitlera.
    Do czasu rozpoczęcia „Akcji Reinhard” nazwanej imieniem Rainharda Heidrycha, Żyda według obu definicji, organizatora SS i wybawcy Hitlera od zbyt wpływowego i rasowego dowództwa S.A., przywożono do Lublina ludność żydowską z terenu Reichu, Czech, Słowacji i z innych terenów. Jednocześnie wywożono Żydów z Lublina jako z „praniemieckiego” miasta i stolicy dystryktu na tereny wiejskie lub do obozu pracy organizowanego w Bełżcu lub do obozów koncentracyjnych lecz nie do pracy w Reichu (poza obozami ) . „Żydzi” jeśli wyjechali do pracy przymusowej, to przeważnie „nielegalnie” jako Polacy, lecz beneficjenci „holocaust biznesu” decydują obecnie o formie, czasie i wysokości odszkodowań dla ogromnej większości poszkodowanych Polaków.
    Mniej lub bardziej ludobójcze wysiedlenia do obozów koncentracyjnych, do pracy przymusowej w Reichu , na tereny wiejskie lub do nikąd (przez odebranie mieszkań) dotknęły w czasie okupacji blisko 30% zamieszkałych w Lublinie Polaków. Ludobójcza akcja „wysiedlania” ludności polskiej z terenów przeznaczanych dla nowego osadnictwa, a później już tylko pod takim lub innymi pretekstami dotyczyła w dystrykcie lubelskim około 300 wsi zamieszkałych przez ponad 100 tysięcy chłopów w tym 30 tysięcy dzieci. Można uważać, że ani selektywność holocaustu, ani różnice w rozmiarach ludobójstwa na żydowskiej i polskiej ludności Lubelszczyzny nie upoważniają do ”rasowych” podziałów badań nad tymi „ludobójstwami”.
    Co prawda traktowanie poważnie ludobójstwa na Polakach poza holocaustem zmniejsza potencjalną efektywność „holocaust industry” oraz skuteczność wykorzystywania holocaustu i „polskiego antysemityzmu wyssanego z mlekiem matek” jako moralnego prawa i usprawiedliwienia eksterminacji Palestyńczyków przez wybranych „podniesionych”z diaspory do Palestyny także przez dezercje z Wojska Polskiego w czasie II wojny światowej.
    Historia holocaustu ludności żydowskiej w dystrykcie lubelskim jest w pewnym stopniu także historią kolaboracji części ofiar ludobójstwa z ludobójcami. Formalnie i realnie Polakom groziła śmierć za jakąkolwiek pomoc eksterminowanym Żydom np. nawet za podanie wody lub pożywienia.
    Jak wiadomo śmierć nie musi być rozgrzeszeniem.
    Rozmiary kolaboracji różnie zdefiniowanych „Żydów” z ludobójcami były nieporównywalnie większe od kolaboracji Polaków nie definiowanych hitlerowsko lub talmudycznie jako Żydzi.
    Założenie „badawcze”, że wini współpracy w holocauście mogą być tylko po „stronie polskiej” ponieważ po „stronie żydowskiej” były tylko i wyłącznie ofiary trudno nazwać inaczej jak „naukową” pasożytniczą nikczemnością. Śmierć sama nie rozgrzesza.
    „Nauka” o holocaustcie ma być rozgrzeszeniem nie tylko dla ofiar ale i dla beneficjentów
    W ludobójstwie na Żydach lub Polakach wbrew żydowskiej propagandzie nie brała udziału żadna polska formacja lub organizacja, podczas gdy żydowskie policje w gettach były bardzo pomocne, aż do własnej zagłady pomimo wprost prowokowania do oporu.
    W dn. 1.10.1942r. dowódca SS i policji w Lublinie Odillo Globocnik rozpoczął akcję
    usuwania do obozu na Majdanku polskiej ludności z dzielnicy Wieniawa między innymi
    przy użyciu policji polskiej. Akcja zakończyła się wypuszczaniem zatrzymanych przez polskich policjantów i kłótniami pomiędzy podwładnymi Globocnika a władzami cywilnej administracji niemieckiej. Urzędnicy i członkowie Rady Żydowskiej w lubelskim getcie byli jakby prowokacyjnie, demonstracyjnie mordowani za wykonanie kontrybucji od ludności w getcie jakie nakazywał Globocnik. Już po zajęciu Wiednia przez Hitlera Globocnik został zdegradowany do stopnia szeregowego SS za jednocześnie spektakularne prześladowania Żydów i ich jakby korupcyjną ochronę. Globocnik organizując i kierując zdecydowanym ludobójstwem Żydów („Akcją Reinhard”) , planowanym wcześniej i z większym rozmachem na terenie dystryktu lubelskiego niż w Oświęcimiu jednocześnie rozbudował i kierował największym w Europie systemem obozów pracy przymusowej, w którym przetrzymywał 42 tysiące Żydów chroniąc ich przed swoim ludobójstwem pod pretekstem niezbędności ich siły roboczej. Jednocześnie prowadził ludobójcze akcje usuwania ludności polskiej z terenów przeznaczanych dla nowego osadnictwa niezależnie od możliwości i efektów a nawet sprzeciwów i krytyki niemieckiej administracji cywilnej. Ludobójstwo na Polakach było w dystrykcie lubelskim niemal w fazie „holocaustu”.
    Dopiero po przeniesieniu Globocnika z dystryktu (do Jugosławii) w ciągu jednego dnia zakończono „Akcję Reinhard” . 3.XI.1943r rozstrzelano w „Akcji Erntefest” (dożynki) wszystkich Żydów przetrzymywanych w obozach Globocnika jakoby ze strachu przed „rewoltami” takimi jak w getcie warszawskim lub w obozie śmierci w Sobiborze, lub z przyczyn „ambicjonalnych” żalów dowództwa SS za swym „ekonomicznym imperium” zbudowanym przez Globocnika. Samą „Akcję Erntefest” przez wielogodzinne pędzenie i oczekiwanie wielotysięcznych kolumn ludności żydowskiej świadomej swego „endlosung” w rowach egzekucyjnych można uważać za prowokację do „rewolty”, pomimo ściągnięcia zmotoryzowanych oddziałów Waffen SS (lepiej uzbrojonych).
    Po „Erntefest” formalnie kończącym „Akcję Reinhard” pozostało w dystrykcie 5000 Żydów w obozach podległych Luftwaffe oraz około stu Żydów przetrzymywanych do ostatnich godzin okupacji w niezwykle zatłoczonym więzieniu śledczym na Zamku w Lublinie jako specjaliści niezbędni dla II Rzeszy –krawcy, szewcy, stolarze, dentyści razem z dziećmi i starcami ( za łapówki lub przez hitlerowskich kryptosjonistów). Hitler i Himmler jeśli się bali, to raczej wyartykułowania zarzutów kryptosjonistycznych motywów zarówno ludobójstwa jak i ochrony Żydów i to raczej ze względu na celowość holocaustu niż z przyczyn osobistych. Ich podwładni woleli walczyć z Żydami niż na frontach.
    Do „strony żydowskiej” można też zaliczyć diasporę nie tylko we władzach i dowództwach aliantów(„odkupianą” gloryfikacją kabotynizmu Jana Karskiego), ale i gloryfikowaną przez filmy żydowskich reżyserów diasporę we władzach i dowództwach hitlerowskich Niemiec. Wybitnymi przedstawicielami tej „strony” są też dezerterzy z oddziałów Wojska Polskiego w czasie II wojny światowej a szczególnie z Korpusu gen. Andersa z kapralem M. Biegunem (Menachem Begin)- ludobójcą Palestyńczyków, premierem Izraela i laureatem pokojowej nagrody Nobla.
    Do „strony żydowskiej” nałeżała też policja żydowska z getta w Izbicy wykorzystywana przez Niemców także do likwidacji gett w Krasnymstawie i Zamościu oraz policja żydowska z getta lubelskiego pomocna nie tylko w jego normalnej likwidacji przez „wysiedlanie” do obozów śmierci ale także w „Akcji Erntefest”, aż do własnej egzekucji. Jeśli śmierć uniewinnia, to Hitler, Heidrych, Himmler, Stalin, Kaganowicz, Beria, Cyrankiewicz itp też powinni być poza krytyką i badaniami naukowymi IPN.
    Następnie Andrzej Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historii wygłosił referat
    Pt. „Wokół ”. Badania nad stosunkami polsko żydowskimi w IPN.
    A. Żbikowski stwierdził potrzebę ’’odkłamania wyników dotychczasowych badań naukowych nad holocaustem ’’ przez nowe badania i artykuły planowane w tematach:
    1. kolaboracji Polaków „która była większa od pomocy Żydom i konspiracji”
    (według wstępnych badań Zydowskiego Inst. Hist. Tylko około 3% Polaków
    w okresie okupacji zetknęło się z działalnością konspiracji).
    2. motywów psychologicznych, ideologicznych, materialnych (sąsiedzkich), kulturowych i innych uwarunkowań różnych form kolaboracji i współuczestnictwa Polaków w holocauscie (z Niemcami-hitlerowcami).
    3. obaw i przyczyn z jakich Żydzi zamknięci w gettach i obozach wstrzymywali się od ucieczek i ukrywania się pomiędzy Polakami.
    4. szczególnie interesujące i potrzebne są badania nad kolaboracją i uczestnictwem polskiej policji i organizacji oraz instytyucji w holocauście na Żydach.
    Z referatu A. Żbikowskiego nie wynikało, które tematy są w planach badań Żyd.Inst. Hist., a które Inst. Pamięci Narodowej.
    Wspólnie uznawana oczywistość potrzeby takich badań (lub chociażby ich finansowania i premiowania takich wyników) czyni takie rozgraniczenia bezcelowymi.
    „Poważni” (według Buzka) historycy IPN i inni słuchali tych ocen, planów i ukierunkowań swej pracy a także swych biurokratyczno naukowych karier z odpowiednim respektem i tylko jeden głos w dyskusji bardzo oględnie i delikatnie dotyczył jako chyba niezamierzonego przesądzenia wyników planowanych badań wielkości polskiej kolaboracji w holocauscie jako takiej „która była większa od pomocy Żydom i konspiracji”.
    Oczywiście wspominania zbrodni w Jedwabnem jako przykładu z zakresu planowanych badań polskiego holocaustu na Żydach nikt nie kwestionował i nikt nie upierał się, by przez analogię inne zbrodnie holocaustu nazywać nie hitlerowskimi lecz niemieckimi, litewskimi lub ukraińskimi a stalinowskie i PRLowskie zbrodnie nazywać żydowskimi lub kryptosjonistycznymi.
    Może wspólne badania ŻIH i IPN (lub IPN dla ŻIH) nad udziałem polskich organizacji, instytucji lub formacji pozwolą polski udział w holocauście nazywać akowskim, NSZtowskim, kolejarskim lub policyjnym zamiast sąsiedzkim.
    Wpływowej żydowskiej propagandzie wystarczą już same plany takich badań akceptowanych przez IPN prof. Kieresa i innych swoich zakładników w polskich władzach
    i elitach sprawdzonych ostatnio przytakiwaniem fałszom i wymysłom o polskiej metodzie holocaustu 1600 Żydów w spalanej chłopskiej sąsiedzkiej stodole w Jedwabnem ze strachu przed potwornym antysemityzmem sąsiadów –Polaków. Wyobraźnia istotnych odbiorców żydowskiej propagandy uzbroi tych sąsiadów w winchestery i colty.
    Za te przytakiwanie profesorowi od nauk ścisłych i doświadczalnych premierowi Buzkowi bardziej się należy nagroda Nobla z chemii (spalenie 1600 Żydów tj blisko 100m3 samej wody w sąsiedzkiej stodole przez sąsiadów ziejących antysemityzmem) lub pokojowa niż dezerterowi od Andersa kpr. M. Biegunowi-późniejszemu ludobójcy Palestyńczyków - premierowi Izraela M. Beginowi lub patronowi fałszywych obrońców robotników Lechowi Wałęsie.
    Użyteczność tematów planów nowych badań ŻIH i IPN może być modelowo wykazana opracowaniem przypadku przywiezienia transportu Żydów z Belgii w osobowych wagonach z bagażami i podstawienia ich pociągu przez pomyłkę na dworzec w Lublinie zamiast na drogę do Majdanka. Na informacje polskich kolejarzy, że będą odstawieni na Majdanek gdzie czeka ich zagłada odpowiadali informacjami, że przysłani są tutaj by nauczyć Polaków pracy, budować państwo Hitlera i rozwijać przemysł i handel. Większość Żydów znała język polski jako emigranci polscy. Grozili skargami do Niemców, co prawdopodobnie uczynili. Po pewnym czasie przysłano dwu SSmanów i dwa towarowe wagony bydlęce, do których SSman kazał wejść wszystkim Żydom. Gdy po wejściu połowy pozostali Żydzi poinformowali SSmana, że się nie zmieszczą , ten przeszedł koło ogrodzenia i powróciwszy z drągiem wszedł do jednego z wagonów i zaczął uderzać drągiem w głowy tłocząc ich pod ściany. Pozostali Żydzi weszli do wagonów towarowych i zostali nimi odwiezieni na drogę do Majdanka gdzie odjechał również pociąg z ich bagażami.
    Przypadek ten daje historykom ŻIH i IPN liczne pola wykazania się w realizacji „planów” nowych badań IPN-ŻIH. Można uznać podstawienie bydlęcych wagonów za dowód współpracy kolejarzy w holocauście motywowany nadzieją na materialne korzyści z pociągu z bagażami Żydów eskortowanego przez tylko drugiego SSmana. Żydzi z Belgii jako emigrantci z Polski mogli bardziej obawiać się potwornego,„wyssanego z mlekiem matek” polskiego antysemityzmu niż obozu na Majdanku i SSmańskiego drąga. Można też postawić problem badania roli polskich policjantów, jacy najprawdopodobniej znajdowali się w tym czasie na dworcu lub w jego pobliżu jako potencjalna groźba. SSmani przysłani na dworzec z Majdanka mogli być zdepolonizowanymi „etnicznymi Litwinami” z 252 batalionu policji litewskiej, którego policjanci stanowili ponad 60% załogi obozu na Majdanku. Ich depolonizacja miała głównie charakter lingwinistyczny i polityczny, ale zostali katolikami tak jak polscy kolejarze. Litewskie „ogniwo holocaustu” nie jest jednak takie ciekawe jako
    braterskiej antypoloniźmie „mniejszości” uczącej się w ostatnich kilku pokoleniach swego litewskiego po polsku, tak jak Żydzi hebrajskiego..
    Dla poczucia wartości własnej beneficjentów ludobójstwa na Palestyńczykach, „holocaust industry”
    i dla powierników zwierzeń zbrodniczej diaspory we władzach PRL oraz zakładników ich propagandy w rodzaju Kieresa, Przewożnika, Kwaśniewskiego, Buzka , licznych posłów, historyków, dziennikarzy i prawników a nawet judeckich „księży patriotów” odpowiedzialność Polaków i kościoła katolickiego za holocaust jest znacznie bardziej atrakcyjna niż prawda . Dla tego w Oświęcimiu nie powinny stać krzyże, a w Kielcach i w Jedwabnem powinni mordować Polacy. Antysemityzm „ Alowski” i „Ubowski” (gen „Przepiórka i jego szwagier „Cień” Kowalski) to niemal rodzime brudy zupełnie nieatrakcyjne.
    Dziwne, że po 1944r gdy kryptosjoniści rządzili zupełnie nie tylko w UB, informacji wojskowej, prokuraturze, sądownictwie i milicji, w ramach akcji „Cezary” opanowali a nawet prowokacyjnie organizowali niepodległościową partyzantkę , nawet w bluzach andersowskich zajęli się pogromem w Kielcach a tak zupełnie zaniedbali Jedwabne.


    http://telewidz.neon24.pl/post/69102,ludobojcze-zatrzymanie-frontu-na-wisle-w-1944r-i-akcja-burza-w-lublinie
    http://telewidz.neon24.pl/post/99772,powstanie-i-warunki-kapitulacj-ratunkiem-przed-zaglada
    http://telewidz.neon24.pl/post/71457,szczatki-i-mogily-bohaterow-niszczone-w-lublinie-przez-popisowo-pobermanowskie-biurokracje-historyczne

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

ULUBIENI AUTORZY

więcej