Kolejne mizantropijne przedsięwzięcie globalistów. Naród polski oberwie najbardziej. Śp. prof. Zbigniew Jaworowski ponad dekadę temu przestrzegał. Establishment III RP i tak (jak to ma w zwyczaju) oddał Polskę na pastwę czubów od NWO.

Jako, że nie widac nadziei na obronę Polski przed narzucaną nam przez globalistów ideologią "globalnego ocieplenia powodowanego przez człowieka", która doprowadzi nasz kraj do dekarbonizacji, jeszcze większej dezindustrializacji, utraty suwerenności energetycznej na rzecz Zachodu oraz ogromnego wzrostu cen energii (i co za tym idzie wszelkich towarów i usług, co z kolei poskutkuje jeszcze większym zubożeniem naszego narodu), warto przypomnieć 2 wywiady z radiologiem, śp. prof. Zbigniewem Jaworowskim i artykuł jego autorstwa z lat 2008-2009.  Nic to nie zmieni, bo establishment III RP, od prawa do lewa, postanowił się podłożyć w tej (tak jak w każdej innej) kwestii globalistom, ale przynajmniej niech choć niektórzy wiedzą, o co z tym "globalnym ociepleniem" tak naprawdę chodzi.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Pierwszy ze wspomnianych wywiadów pochodzi z portalu dziennika "Rzeczpospolita" rp.pl z 8.12.2008 r.

"Człowiek nie ma nic do klimatu"

Zbigniew Jaworowski: Pogląd, że człowiek może wpływać – świadomie bądź nie – na klimat globalny, jest przejawem pychy. Naszym klimatem rządzi Słońce i naturalne procesy zachodzące na Ziemi – przekonuje naukowiec w rozmowie z Marcinem Rafałowiczem

Co może przynieść światu obradujący właśnie w Poznaniu szczyt klimatyczny?

Ten szczyt, podobnie jak zeszłoroczny na wyspie Bali, nie przyniesie żadnych konkretnych rezultatów. To duża impreza, w trakcie której goście mogą się najeść i pobawić na koszt organizatora. Pogląd, że tego typu wydarzenia są zdolne dokonać jakiejś rewolucji, szczególnie w obliczu kryzysu światowego, są błędne. Z drugiej strony jest to niepokojące wydarzenie, a postulowane zmiany w gospodarce światowej związane z ograniczeniem emisji CO2 to straszliwe zagrożenie. Warta uwagi jest też jeszcze jedna rzecz – oto jesteśmy świadkami procesu, gdy na fali nowej ideologii, ubranej w szaty troski o środowisko naturalne, wyłania się nowa formuła organizacji świata, coś w rodzaju światowego rządu. Taki rząd będzie mógł silniej niż przy obecnym podziale świata realizować antycywilizacyjne cele ideologów nowej wiary.
 
Ale szczyt zajmuje się przecież bardzo ważnym zjawiskiem, jakim jest globalne ocieplenie klimatu. Dotyczy to przyszłości całej ludzkości. Nie dostrzega pan tego zagrożenia? 
 
To wszystko są manipulacje i zwyczajne kłamstwa. Teza o antropogenicznym pochodzeniu zjawiska efektu cieplarnianego jest rozpowszechniana od lat 70. przez ludzi, którzy poza nadzwyczaj sprawnymi działaniami lobbingowymi nie mogą się pochwalić żadnymi przekonującymi wynikami badań. Nagminnie stosują wybiórcze podejście do danych badawczych i odrzucają te, które nie pasują im do tezy. Doskonałym tego przykładem są argumenty dowodzące wzrostu średniej temperatury na Ziemi od momentu wejścia cywilizacji ludzkiej w erę przemysłową. Stosuje się zabieg stwarzający wrażenie, że przed tym okresem klimat miał stałą i niezmienną charakterystykę. Ten argument mija się z prawdą. Wystarczy wspomnieć o "małej" epoce lodowcowej z przełomu XVII i XVIII wieku. Wtedy rok do roku większość rzek w Europie była zamarznięta, podobnie jak Bałtyk. Do Szwecji jeździło się po zamarzniętym morzu saniami. Podróżni zatrzymywali się w karczmach stawianych na środku skutego lodem morza. Wcześniej mieliśmy ocieplenie – tak zwane średniowieczne, kiedy średnia temperatura globalna była wyższa niż obecnie. Jeszcze wcześniej była niezwykle zimna epoka Merowingów i poprzedzające ją ocieplenie zwane rzymskim, od cesarstwa rzymskiego. Ale środowisku wspierającemu pogląd o niszczycielskiej działalności człowieka te fakty nie pasują do tezy, więc pomijają je milczeniem.
 
Nie ma chyba wątpliwości, że człowiek oddziałuje na środowisko – wystarczy wspomnieć o wyrębie lasów albo o przemyśle, który zatruwa powietrze. A skoro naukowcy się spierają, to może warto dmuchać na zimne?
 
Powtarza pan propagandę ekologów. Proszę zauważyć, że człowiek najbardziej zaingerował w środowisko naturalne, gdy powstało rolnictwo, a więc kilka tysięcy lat temu. Gdyby jednak nie rolnictwo, to nadal mieszkalibyśmy w lasach. Mówi pan: przemysł, i zgoda. Wrzucamy do atmosfery różnego rodzaju związki chemiczne. Głównie dwutlenek węgla. Tylko proszę zwrócić uwagę na proporcje. Jeśli podzielimy strumienie CO2 na: naturalne (oceany, lądy i wulkany) oraz pochodzenia ludzkiego (samochody, oddychanie ludzi, paliwa kopalne, cement, rolnictwo), to ten drugi stanowi zaledwie 4,7 proc. strumienia naturalnego. Wszelkie dane wskazują, że ocieplenie klimatu nie ma związku z zawartością CO2 w powietrzu. To znaczy wysokość stężenia tego gazu w okresach historycznych jest powiązana skutkowo, a nie przyczynowo z klimatem planety. Najpierw następuje ocieplenie, a dopiero wskutek rosnącej temperatury zwiększa się zawartość dwutlenku węgla w powietrzu. Dzieje się tak dlatego, że najwięcej CO2 jest w oceanach, które im wyższa temperatura, tym bardziej oddają ten gaz do atmosfery.
 
Jeśli nie człowiek i jego działania, to co, zdaniem pana, wpływa na zmianę klimatu na Ziemi?
 
Pogląd, że człowiek może wpływać – świadomie bądź nie – na klimat globalny, jest przejawem pychy. Naszym klimatem rządzi Słońce i naturalne procesy zachodzące na Ziemi. Słońce ma swoje okresy wysokiej i niskiej aktywności. W zależności od tego do Ziemi dociera mniej lub więcej ciepła, co musi odbijać się na wysokości temperatury na naszym globie. Ale to ma o wiele mniejsze znaczenie od zmian magnetycznych Słońca sterujących dopływem galaktycznych promieni kosmicznych do dolnej troposfery, które inicjują tworzenie w niej chmur. Wulkany wprowadzają do atmosfery najwyżej siedem gigaton węgla rocznie, czyli mniej niż ludzie.
Człowiek ma w tych sprawach niewiele do powiedzenia. Najnowsze prognozy oparte na przewidywanej aktywności Słońca, które właśnie kończy okres wysokiej aktywności, wskazują na czekającą nas kolejną miniepokę lodowcową, w którą, jak przewidują astronomowie, zaczniemy wchodzić około roku 2020. Natomiast wielka epoka lodowcowa, taka jak ta, która po 100 tysiącach lat trwania skończyła się około 11 tysięcy lat temu, może – jak uczy geologia – nastąpić za 50 albo za 500 lat, ale jest to realne zagrożenie.
 
Ale czy coś się złego stanie, jeśli na wszelki wypadek ograniczymy emisję CO2?
 
Działania środowiska realizującego cele antycywilizacyjne mają doprowadzić do stagnacji gospodarczej, a przez to technologicznej. Szczególnie groźne, z punktu widzenia ekonomicznego, mogą być te konsekwencje dla Polski, która w 95 proc. czerpie energię ze spalania węgla. Ograniczenia emisji CO2 oznaczają radykalny wzrost cen energii nawet o 60 – 100 proc. Przecież to będzie katastrofa. Tym bardziej że nie zdążymy w oczekiwanym czasie przestawić całej gospodarki na inne źródła energii. Pamiętamy wyłączenia prądu z okresu PRL, obawiam się, że mogłoby nas to ponownie czekać. Gdy przyjdzie mróz i ziemię skuje lód, wtedy tylko ta przeklinana cywilizacja i wytworzony przez nią przemysł będą mogły nas uratować. Obawiam się, czy do tego czasu będziemy przygotowani na te trudne chwile, jeśli hamować nas będą sztuczne ograniczenia postępu.
 
Skoro ma pan tak przekonujące dowody, to dlaczego pan i ludzie o podobnych panu poglądach nie organizujecie własnych zgromadzeń na wzór szczytu klimatycznego w Poznaniu. Może ci, którzy wierzą w niszczycielską działalność człowieka, są jednak bardziej wiarygodni?
 
Absolutnie nie. Kiedyś palenie czarownic było normalną praktyką, a rynki niektórych miast były usłane palami na stosy. I nikt z elity intelektualnej nie widział w tym nic wyjątkowego, aż po 200 latach jacyś trzeciorzędni myśliciele zaczęli mówić, że to wariactwo. Nie trwało długo, gdy stosy zniknęły. To, że coś się nie przedostaje do szerokiej opinii publicznej albo jest niezgodne z aktualnie obowiązującą opinią elit, nie oznacza, że nie jest warte uwagi.
Żeby się przekonać, o co w tym tak naprawdę chodzi, wystarczy porównać kwoty, jakie są przeznaczane na działania grupy wieszczącej katastrofę wywołaną działalnością człowieka i jej oponentów, do których się zaliczam. Posłużę się danymi z USA, gdzie w ciągu ostatnich 10 lat dotacje na badania nad ocieplaniem klimatu dla zwolenników tezy o niszczycielskiej sile cywilizacji wyniosły około 50 miliardów dolarów. W tym czasie ich oponenci otrzymali zaledwie 9,5 miliona dolarów, co stanowi 0,02 proc. pierwszej kwoty. Nie ma woli, aby drugiej stronie sporu pozwolić na prowadzenie własnych projektów na dużą skalę, bo wszyscy się boją ataków politycznych. To jest terror naukowy i intelektualny. Nazywa się nas ludźmi niemoralnymi, podobnie jak nasze projekty. Zdarzają się nawet głosy, że takich jak ja należy karać za to, co myślą.
 
Organizacje ekologiczne twierdzą, że troszczą się o przyszłość ludzkości. Zachęcają do konkretnych działań w obronie naszej planety. Państwo tego nie robicie. 
 
Nie jestem przekonany, czy zwolennikom tezy o niszczącym wpływie działalności człowieka na środowisko naprawdę, o to chodzi. Jacques -Yves Cousteau, znany badacz mórz i podróżnik zmarły 11 lat temu, autorytet moralny i idol ekologów, powiedział kiedyś, że aby na Ziemi zapanowała równowaga, to "należy eliminować 300 tysięcy ludzi dziennie", czyli 128 milionów rocznie, a inni podobni obrońcy ludzkości i środowiska twierdzą, że liczba ludzi nie powinna przekroczyć 500 milionów. Proszę to zderzyć z obecną liczbą ludności na Ziemi wynoszącą około 6 miliardów. Proszę pamiętać, że drugi raport Klubu Rzymskiego został opatrzony mottem, które brzmiało: "Ziemia ma raka, tym rakiem jest człowiek". Może to zabrzmi brutalnie, ale należy zdać sobie sprawę, że są pewne grupy ludzi, które uważają, że człowiek jest zbędny i należy radykalnie ograniczyć jego liczebność. Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zamiast rozwijać cywilizacyjnie Afrykę, wysyłamy tam żywność. Nikomu nie zależy na tworzeniu konkurencji i nikogo nie interesuje los ludzi dziesiątkowanych przez choroby, głód i niedobory wody. Rozwój cywilizacji, gospodarki światowej to postęp technologiczny dający coraz większe szanse na przeżycie w trudnych warunkach, a przez to wzrost liczby ludności. Ale są ludzie, którzy chcą to powstrzymać.
 
W jaki sposób? 
 
Odmawia się nam między innymi energii nuklearnej, która mogłaby rozwiązać wiele problemów świata. Mami się nas jakimiś technologiami "ekologicznymi", odnawialnymi źródłami energii. Nie mówi się zaś o tym, że katastrofy wywołane chociażby przez elektrownie wodne, uważane za czystą i bezpieczną technologię, są odpowiedzialne za niesamowite tragedie i śmierć dziesiątków tysięcy ludzi. Przypomnijmy choćby katastrofę tamy w Chinach w roku 1976. Zginęło tam około 200 tys. ludzi.
 
Autor jest lekarzem, radiologiem, profesorem nauk medycznych, taternikiem. Pracował w Instytucie Onkologii w Gliwicach, w Instytucie Badań Jądrowych w Warszawie, od 1993 r. w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie, gdzie kierował Zakładem Higieny Radiacyjnej. Obecnie na emeryturze. Jest autorem wielu prac na temat zmian klimatycznych, znanym na świecie krytykiem teorii o zgubnym wpływie człowieka. Jego teorie były publikowane m.in. w magazynie popularnonaukowym "21st Century". W marcu 2008 był jednym z autorów opracowania "Przyroda, a nie wpływ ludzi, decyduje o klimacie. Podsumowanie raportu Pozarządowego Panelu do spraw Klimatu".
 
 
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 
Drugi z wywiadów pochodzi z dziennika "Polska The Times" z 24.07.2009 r.
 
"Nie mamy wpływu na klimat. Globalne ocieplenie to sprawa polityczna".
 
 
Skąd Pan wie, że człowiek nie odpowiada za globalne ocieplenie?

Z literatury. W latach 70. zacząłem badać stężenie pierwiastków ciężkich na świecie, m.in. ołowiu, który wtedy uchodził za niezwykle groźny. Jego stężenie najłatwiej było badać w lodowcach. Przy okazji poznałem więc fachową literaturę z tym związaną. Zresztą w latach 70. badania nad lodowcami były bardzo popularne.

Czemu?
 

Dziś cały świat obawia się skutków globalnego ocieplenia wywołanego przez człowieka. W latach 70. panowała podobna psychoza - tylko przed globalnym oziębieniem. Otóż obowiązywała wtedy teoria, że produkowane przez fabryki pyły emitowane do atmosfery utworzą nad nami parasol zasłaniający słońce. A skoro będzie ono przysłonięte, to wszyscy zaczniemy marznąć. W tamtych czasach nawet poważany "Science" publikował poważne artykuły, w których wyliczał, że słońcem będziemy się cieszyć nie dłużej niż przez 50-60 lat. Później zamarzną rzeki, morza, oceany. Zwolennikiem tej teorii był m.in. znany klimatolog Steven Schneider, który dziś jest jednym z najgorętszych orędowników teorii globalnego ocieplenia.

Ta teoria globalnego oziębienia brzmi komicznie.


Dziś, ale wtedy ja w to święcie wierzyłem, jak każdy zresztą, choć w połowie lat 70. teorie o oziębianiu się świata przestały być aktualne, natomiast coraz więcej mówiło się o ociepleniu. Pojawiały się argumenty, że rośnie stężenie CO2 w atmosferze. Oczywiście, odpowiadać za to miał człowiek. Tak przynajmniej twierdzono. Ale moje badania temu przeczyły. W 1987 r. wyjechałem do Norwegii i zacząłem tam prowadzić badania nad skutkami ocieplenia klimatu w norweskiej Arktyce. I doszedłem do wniosku, że człowiek nie ma na to żadnego wpływu.

Skąd w takim razie to ocieplenie?


To naturalny proces. Wahania poziomu CO2 są spowodowane nie tym, że my go więcej produkujemy, tylko wpływem oceanu. W wodzie morskiej dwutlenku węgla jest 50-krotnie więcej niż w atmosferze. Jego rozpuszczalność w wodzie jest zależna od temperatury. Im jest ona wyższa, tym CO2 rozpuszcza się trudniej. Ale w przyrodzie nic nie ginie, więc ten dwutlenek węgla dostaje się do atmosfery - ocean zwyczajnie go tam "wydycha". Gdy natomiast klimat jest chłodniejszy, to woda morska wchłania więcej tego gazu. Ten mechanizm działa od prawieków.

Ale jaka jest pewność, że teraz klimat się nie ociepla przez wpływ człowieka?
 

Wystarczy przyjrzeć się, jak układa się sekwencja temperatur na świecie. Od 1450 r. do drugiej połowy XIX w. mieliśmy małą epokę lodową. Szczyt tego okresu przypadł na XVII-XVIII w., gdy na Słońcu nie było w ogóle plam, co sygnalizuje jego najniższą aktywność. Wtedy przez Bałtyk można było przejść na piechotę, był tak zamarznięty. Wyszliśmy z tej epoki pod koniec XIX w. Temperatura podwyższała się do 1934 r. Potem przez kilkanaście lat utrzymywała się na tym samym, wysokim poziomie, a po 1950 r. zaczęła spadać. Do 1975 r. gwałtownie się obniżała. Tak gwałtownie, że aż powstała ta teoria o globalnym oziębieniu, o której mówiłem wcześniej. Aż nagle znów zaczęła rosnąć - mimo że w owym roku nie przeszliśmy żadnej rewolucji przemysłowej, która mogłaby uzasadnić wpływ człowieka na zmianę temperatury.

Długo trwał ten wzrost?
 

Do 1998 r. Temperatura skoczyła zresztą bardzo wysoko. Nie przypadkiem protokół z Kioto został uchwalony pod koniec 1997 r. Wtedy gwałtownie szukano wyjaśnienia dla tego wzrostu i uznano, że przyczyną na pewno jest nadmierna produkcja CO2 przez człowieka. Tyle że od tego 1998 r. światowa temperatura stopniowo maleje. I to mimo że na całym świecie cały czas produkujemy coraz więcej dwutlenku węgla. Po prostu znów obniżyła się aktywność Słońca. Od trzech lat nie ma na nim żadnych plam, to najlepszy dowód na to.
 

Pięknie Pan wyjaśnił zmiany temperatury na świecie. Ale w takim razie na jakiej podstawie ONZ-owski Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) stwierdził w 2007 r., że grozi nam globalne ocieplenie i że winny temu jest człowiek?
 

Naukowcy pracujący w IPCC dostrzegli te same procesy co ja. Ale ten zespół jest bardzo podatny na naciski polityczne. By nie być gołosłownym, podam przykład prestiżowego magazynu "Nature", który dwukrotnie w swych edytorialach bardzo ostro skrytykował IPCC, zarzucając mu brak kompetencji.

Mocny zarzut. Na jakiej podstawie twierdzi Pan, że IPCC jest upolitycznione?
 

Kwestie związane z klimatem już kilkadziesiąt lat temu przestały być domeną naukowców. Od dawna wiele do powiedzenia w ich sprawie mają politycy. W latach 60. pojawił się - napisany na zlecenie amerykańskiego rządu - "Raport z żelaznej góry", który diagnozował wiele problemów grożących światu, m.in. problemy z klimatem. Ta 152-stronicowa książka stała się fundamentem wielu ruchów ekologicznych, a także skłoniła prezydenta Richarda Nixona do stworzenia ministerstwa ochrony środowiska. W skrócie - uczyniła z ochrony środowiska ideologię.

Co w tym złego?
 

To, że ta ideologia zaczęła mieć wielu proroków. Ostatnio najgłośniej jest o Alu Gorze, który dostał nawet Nagrodę Nobla za swoje zaangażowanie w ochronę środowiska. On, a także osoby jemu podobne, zaczął stosować doktrynę szoku. Mniejsze znaczenie zaczęły mieć dla nich fakty, bardziej liczyło się, by przestraszyć - i w ten sposób przekonać do swojej racji. Wystarczy przypomnieć różne wypowiedzi. Na przykład Gore mówił: "Słusznie, że przerysowujemy faktyczne zagrożenie, jakie niesie ze sobą problem ocieplania się klimatu na świecie. W ten sposób ludzie słuchają, co mamy do powiedzenia".

W ten sam sposób działa większość mediów i nikt przeciw temu nie protestuje - wiadomo, że przerysowanie problemu rzeczywiście pomaga nim zainteresować.
 

Dobrze, ale w ten sam sposób wypowiada się Rajendra Pachauri, przewodniczący IPCC. Po opublikowaniu w 2007 r. raportu twierdzącego, że naprawdę zagraża nam globalne ocieplenie, stwierdził: "Mam nadzieję, że będzie on tak dużym szokiem dla ludzi oraz rządów, że zajmą się one tym problemem na poważnie". Problem w tym, że Pachauri jest naukowcem - mimo wszystko od ludzi nauki należy oczekiwać wyważonych sądów, a nie publicystyki. Dlatego właśnie twierdzę, że IPCC to ciało upolitycznione.

Ale upolitycznione w słusznej sprawie - walczy o lepszy świat.
 

Walczy przede wszystkim o duże pieniądze. Na walkę z globalnym ociepleniem świat już teraz wydaje ogromne pieniądze, a zapowiada się, że pojawią się jeszcze większe. Tylko USA w ciągu ostatnich 10 lat wydały 50 mld dol. na badania mające udowodnić, że efekt cieplarniany został wywołany przez człowieka. Nie przypadkiem w amerykańskim ministerstwie środowiska pracuje 27 tys. osób - ten resort ma wystarczająco dużo pieniędzy, by opłacić etaty dla wszystkich. Przeciwnicy tej teorii już na takie pieniądze liczyć nie mogą - swoje budżety musieli zamknąć w sumie 19 mln dol.

Gigantyczna dysproporcja.
 

A to nie wszystko. W czerwcu Międzynarodowa Agencja Energetyczna oszacowała, że obcięcie emisji CO2 o połowę do 2050 r. będzie kosztowało 45 bln dol. Oznacza to, że każdy kraj świata musiałby przeznaczać 1,1 proc. swego PKB na walkę z produkcją dwutlenku węgla. Imponujące sumy. Ale nikt by ich nie wydał, gdyby się okazało, że efekt ocieplania się klimatu jest naturalny. Nic więc dziwnego, że jest tak silne lobby za tym, by udowodnić, że temperatura rośnie z winy człowieka.
 

Teorie, które Pan teraz głosi, można by uznać za przykład teorii spiskowej dziejów. Grupa trzymająca władzę rządzi światem i wciska kit nam, malutkim.


Ja tylko przytaczam fakty, a ich interpretację pozostawiam czytelnikom. Ale faktem jest, że Steven Schneider mówił publicznie, iż należy kłamać w sprawie globalnego ocieplenia, by przekonać ludzi do poparcia tej koncepcji.

Czemu to dla nich tak ważne?


Wspomniałem już wcześniej o wielkich pieniądzach przeznaczanych na rozwiązanie problemu globalnego ocieplenia, które rzekomo jest autorstwem człowieka. Przecież trafiają one do czyjejś kieszeni. Na przykład Al Gore zainwestował duże sumy w urządzenia pozwalające produkować prąd bez użycia węgla, w różne turbiny wiatrowe itp. Nic dziwnego więc, że lobbuje za ich powszechnym użyciem - zwyczajnie ma z tego zysk. Dlatego nie waha się uczynić z ekologizmu ideologii.

To w ogóle możliwe?


Jak najbardziej. W XX w. non stop była jakaś dominująca ideologia, która nadawała ludziom sens życia. Po upadku komunizmu to się skończyło - nagle więc głosy, które wzywają do ochrony środowiska przed człowiekiem, zaczęły być bardzo chętnie słuchane. Bo ludzie zwyczajnie potrzebują w coś wierzyć, o coś walczyć. Dlatego ekologizm jest bardzo groźny.

W jaki sposób?


Po pierwsze, bo jest oparty na kłamstwie - już wcześniej tłumaczyłem, że klimat nie ociepla się przez człowieka. Po drugie, odwołuje się do ludzkiego altruizmu, żeruje wręcz na nim. Ideolodzy pokroju Gore'a mówią nam: chodźmy razem uratować planetę. Ludzie za nim idą - a on tych naiwniaków wykorzystuje, by nabijać sobie kabzę. Co więcej, daje mu to dużą władzę na świecie. Przecież ma rząd dusz na swych usługach, dzięki czemu jest niezwykle wpływowy.

Czy można tego uniknąć?


Tak. Tylko że teraz popadliśmy w aberrację intelektualną. Uznaliśmy, że przyroda jest tak samo ważna jak człowiek. A to nieprawda. Proces ewolucji usadowił nas na samym szczycie drabiny w przyrodzie i z tego względu należą nam się specjalne prawa. W przyrodzie nie ma demokracji.

Czyli możemy wykorzystywać otoczenie do naszych celów?


Tego nie powiedziałem. Mamy specjalne prawa, ale też obowiązki - jesteśmy gospodarzami i obrońcami Ziemi. O tym musimy pamiętać przede wszystkim.

https://polskatimes.pl/prof-jaworowski-nie-mamy-wplywu-na-klimat-globalne-ocieplenie-to-sprawa-polityczna/ar/797635

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 
Poniższy artykuł prof. Jaworowskiego pochodzi z portalu tvn24.pl (po przejęciu tej telewizji przez amerykańskich Żydów, juz by czegoś takiego nie opublikowali) z 14.12.2009 r.
 
"Celem jest zdobycie władzy, a nie troska o klimat"
 
Siłą napędową konferencji w Kopenhadze nie jest troska o klimat, z którym nic złego się nie dzieje, a który od lat dziesięciu zaczął się ochładzać. Jest nią perspektywa zdobycia władzy nad światem oraz trylionowych zysków z handlu niczym, niczym bowiem są zezwolenia i limity ze sprzedaży limitów CO2 – pisze specjalista ds. klimatu profesor Zbigniew Jaworowski
 
W Kopenhadze mają być podjęte decyzje w sprawie przedłużenia i znacznie zwiększonego ograniczenia limitów emisji CO2 ustalonych w Protokole z Kioto, do których wypełniania do r. 2012 zobowiązało się 187 państw. Zobowiązań nie spełniono. Zamiast wyznaczonej w Kioto redukcji emisji gazów cieplarnianych o 5,2 proc. w porównaniu z r. 1990, ich emisja do roku 2004 wzrosła w skali świata o 38 proc., w Japonii o 11 proc., w USA o 20 proc., w Hiszpanii o 50 proc., w Indiach o 103 proc., w Chinach o 150 proc., a samej „starej” Unii Europejskiej (15 krajów) o około 7 proc. Natomiast Polska w tym czasie obniżyła swoją emisję CO2 o 18 proc. od 1990 roku i 32 proc. od 1988 roku. Mniej o 503 mld zł Jednak Bruksela zmusza nas do dalszej redukcji obecnej emisji CO2 o 20 proc. do 2020 roku. Gdybyśmy spełnili ten wymóg i pozostałe żądania (czyli 20 proc. wzrostu wkładu energii odnawialnej, 20 proc. wzrostu wydajności energetycznej i 10 proc. tu zużycia biopaliw) to wedle ekspertyzy zleconej przez polski rząd znanej firmie konsultingowej Ernst & Young, w 2030 roku polski produkt krajowy brutto byłby mniejszy o 503 miliardy złotych, czyli sięgnąłby około 50 proc. PKB z 2007 roku. To dramatycznie obniżyłoby poziom życia Polaków.
 
Ale w Kopenhadze zastawia się na nas znacznie groźniejsze pułapki. W opublikowanym przez ONZ projekcie Protokołu z Kopenhagi, który miałby na następne dziesiątki lat zastąpić „Kioto”, przedstawiono kilka wersji ograniczeń emisji CO2 do roku 2050, sięgających od 50 do 95 proc. emisji z 1990 roku. Przez kilka następnych lat emisja miałaby zmniejszać się po 5 proc. rocznie. Byłaby to największa rewolucja w historii, która dramatycznie odbiłaby się na dobrobycie całego świata.
 
Koszt dla rodziny: 1 tys. zł mniej
 
Gdyby przyjęto do roku 2020 nawet tylko ograniczenie 40 proc., to wg oceny Sztokholmskiego Instytutu Środowiska (SEI) wprowadzenie tego scenariusza kosztowałoby każdą 4-osobową rodzinę około 1 tys. zł miesięcznie, przez następne dziesięć lat. Za dziesięć lat, po roku 2020, koszt ten dla przeciętnej rodziny wzrósłby ponad dwukrotnie, czyli powyżej 24 tys. zł rocznie. W Polsce, gdzie około 95 proc. całej energii produkowane jest z paliw kopalnych, byłby on wyższy niż obliczony przez SEI. Mam wrażenie, że nasz rząd zdaje sobie z tego sprawę, natomiast większość społeczeństwa nie. Jego opinia została uformowana przez zmasowaną kłamliwą propagandę „ekologiczną”, przedstawiającą naturalne błogosławione Ocieplenie Współczesne, jako zawinioną przez człowieka katastrofę klimatu.
 
Histeria klimatyczna nie pomoże
 
Około 86 proc. energii światowej jest obecnie produkowane przez spalanie paliw kopalnych. Rewolucyjna zmiana tej sytuacji w drodze biurokratycznych dekretów, a nie stopniowego naturalnego rozwoju przemysłu, niesie z sobą groźbę zniszczenia cywilizacji, otwarcie postulowanego przez znanego mizantropa i globalnego guru zielonych Maurice Stronga, szarą eminencję ONZ, twórcę Protokołu z Kioto i głównego doradcę byłego Sekretarza Generalnego Narodów Zjednoczonych Kofi Annana. Jeżeli ludzkość ma trwać i rozwijać się przez następne eony czasu, to musimy stopniowo, nie rewolucyjnie, wycofać się z barbarzyńskiego spalania z paliw kopalnych, których zasoby wkrótce się wyczerpią, zachować je do innych celów i oprzeć się na energii jądrowej. Stanie się to nie z powodu obecnej histerii klimatycznej, ale w wyniku wielkiego przyszłego zapotrzebowania na energię, oraz szerokiego zdywersyfikowania dostępności ogromnych zasobów pierwiastków rozszczepialnych. Nowe oceny światowych złóż uranu wskazują, że wystarczy go na ponad 470 tysięcy lat produkcji energii na obecnym poziomie(IAEA, 2008), a toru jest znacznie więcej. Natomiast fuzja lekkich pierwiastków zapewni nam za kilkadziesiąt lub kilkaset lat czystą i bezpieczną energię praktycznie do nieskończoności.
 
Czyhające zagrożenia
 
Jednak zagrożeniem czekającym nas w Kopenhadze, znacznie większym niż ograniczenia emisji CO2 i wynikający z nich kolosalny wzrost podatków, katastrofalny wzrost cen energii i wszystkich zależnych od niej dóbr i usług, są inne zapisy liczącego 181 stron projektu Protokółu z Kopenhagi. Z paragrafu 36 i 38 projektu wynika, że Protokół ma spełnić cztery cele: (1) utworzyć niewybieralny rząd światowy; (2) przekazać dorobek i bogactwa krajów uprzemysłowionych do krajów III świata; (3) stworzyć mechanizmy siłowej egzekucji postanowień traktatu w sprawie ograniczeń emisji gazów cieplarnianych i (4) doprowadzić do utraty suwerenności Polski i wszystkich państw-stron Protokółu. W projekcie Protokółu są również zapisy blokujące możliwość przyszłego wycofania się z dokumentu i kurateli rządu światowego bez zgody wszystkich pozostałych państw-stron. Jest to próba zniewolenia pod pretekstem walki z rzekomym ocieplaniem klimatu przez człowieka.
 
Co z tym ogrzewaniem klimatu
 
Fundamentem protokołów z Kioto i Kopenhagi jest hipoteza ogrzewania klimatu przez człowieka, nigdy nie udowodniona. Jest ona produktem modeli komputerowych, które nie są w stanie odtwarzać ani obecnego ani dawnego klimatu. Protokóły podpierają się jedynym, monopolistycznym źródłem informacji klimatycznej: raportami Międzyrządowego Zespołu do Zmian Klimatu (IPCC), organizacji stworzonej przez ONZ i spełniającej wiernie jej polityczne zamówienie, czyli obwinianie człowieka za katastrofalne ogrzewanie klimatu. Od pierwszego raportu IPCC z r. 1990 metody i rzetelność ocen naukowych tego ciała była ostro krytykowana, m.in. w artykułach redakcyjnych czasopisma Nature w latach 1991 i 1994. Wielokrotnie proponowano uzdrawianie IPCC, co wobec upolitycznienia tej instytucji oczywiście nie mogło się udać. Jak napisałem w r. 2004 w oświadczeniu dla Komisji ds. Handlu, Nauki i Transportu amerykańskiego senatu „choroba IPCC jest nieuleczalna”. Obecnie po wybuchu afery „Klimatgate” pojawiają się głosy nawołujące do zlikwidowania tej instytucji.
 
Wybuchowa korespondencja
 
„Klimategate” wybuchła, gdy ujawniono korespondencję naukowców z najważniejszych na świecie ośrodków zbierających dane klimatyczne: w Wielkiej Brytanii Climate Research Unit – CRU należący do Uniwersytetu Wschodniej Anglii, a w Stanach Zjednoczonych Goddard Institute for Space Studies – GISS oraz National Climatic Data Center – NCDC. Czołowi pracownicy tych instytucji są wiodącymi współpracownikami IPCC. Jak się okazuje, ujawnienie nastąpiło nie w wyniku akcji zewnętrznych hackerów (porównywano ich w blogach do polskich pogromców Enigmy), lecz prościej, bezpośrednio przez pracowników CRU poruszonych wyjątkową skalą oszustw i niegodziwości, zagrażających całemu światu. Autentyczność korespondencji potwierdził szef CRU profesor Phil Jones. Uniwersytet Wschodniej Anglii rozpoczął śledztwo w jego sprawie, a Jones 1 grudnia złożył swoją dymisję. Jak wynika z ujawnionej korespondencji, naukowcy fałszowali dane pomiarowe, usuwali te które im nie pasowały, inne ukrywali, korumpowali recenzowanie prac naukowych, odmawiali ujawniania danych pomiarowych, blokowali publikowanie prac nie zgodnych z ich pracami, powodowali dymisje redaktorów czasopism naukowych, którzy ośmielili się opublikować krytykujące ich prace, a nawet wyrażali radość z powodu śmierci jednego z nich. Najgorsze być może jest to że, w ośrodku CRU doprowadzili do kompletnego chaosu w największej bazie danych temperaturowych z całego świata, w której część wyników znikała, a inne były błędne. Program komputerowy CRU zawierał błędne kody i był sztucznie naciągany, tak by ukryć Ocieplenie Średniowieczne. Na miejsce brakujących danych „syntetyzowano” nowe, a zafałszowane oceny trendów temperatury przesyłano do IPCC. Na takim materiale i na pracy takich osób oparte są modele i prognozy IPCC oraz decyzje polityczne Unii Europejskiej i całego świata.
 
Badania odrzucone
 
Podobnie postępował IPCC, ignorując niewygodne dane i ukrywając w swoich ostatnich raportach silne Ocieplenie Średniowieczne (około roku 1000), oraz Ocieplenie Holoceńskie (około 6000 – 7000 lat temu) w którym temperatura była o 7oC wyższa niż teraz, a zielona Sahara, z rzekami, jeziorami i bagnami, dawała życie stadom zwierzyny i ludzkim plemionom, które pozostawiły po sobie skalne malowidła. Pilnie ignorowano też publikacje wskazujące, że poziom CO2 w atmosferze przed-przemysłowej był podobny a nawet wyższy niż obecnie. Od początku XIX wieku do lat 1960-tych wykonano ponad 9 tys. pomiarów CO2 bezpośrednio w atmosferze trzech kontynentów Europy, Ameryki Płn. i Azji. Te rzetelne i czułe pomiary wykonane m.in. przez laureatów Nobla w dziedzinie chemii, zostały przez klimatologów całkowicie odrzucone, ponieważ wskazywały one, że średni poziom CO2 w epoce przed-przemysłowej wahał się sięgając kilkakrotnie znacznie powyżej współczesnego. W dawnych epokach, na przykład. 545 milionów lat temu, poziom CO2 w atmosferze był 23 razy wyższy niż obecnie, ale temperatura była niska a lądy pokryte wielkimi lodowcami.
 
Bo teza się nie zgadzała
 
To wszystko nie zgadzało się z lansowanymi przez IPCC „hokejowymi” krzywymi temperatury i stężeń CO2, mającymi przekonać publiczność i polityków, że dawniej przez wieki i setki tysięcy lat nic się praktycznie nie zmieniało i dopiero w XX wieku człowiek zaczął wprowadzać CO2 do atmosfery, „niszczyć” klimat i biosferę. Dowodem na rzekomo decydujący wpływ człowieka na klimat ma być „niespotykana szybkość” Współczesnego Ocieplenia. Przyjrzyjmy się tej szybkości. Przez ostatnie 100 lat temperatura wzrosła o około 0.7oC. Ale w ciągu ubiegłych 100 000 lat temperatura globu około 25 razy podwyższała się niemal błyskawicznie o 5oC do 100C, w ciągu zaledwie 30 do 40 lat, a więc kilkadziesiąt razy szybciej niż obecnie. Te dawne okresy ciepła były zawsze korzystne dla biosfery. Jak stwierdza raport Nie-rządowego Międzynarodowego Zespołu do Zmiany Klimatu (NIPCC) z roku 2008, w rzeczywistości nie ma żadnego dowodu na hipotezę twierdzącą, że to człowiek ogrzewa klimat.
 
Bo liczą się pieniądze, a nie klimat
 
Widmo Klimatgate krąży po świecie, w Google ukazało się już ponad 21 milionów razy. Dotarło do Australii, która jako jedna z pierwszych miała wprowadzić lukratywny dla biurokracji i banków a zabójczy dla kraju, system dławienia emisji CO2, cut-and-trade (ogranicz-i-sprzedaj), na wzór średniowiecznego handlu odpustami. To Klimatgate wpłynął na parlament Australii, który 2 grudnia odrzucił proponowaną przez rząd ustawę narzucająca ograniczenia emisji dwutlenku węgla. Może wpłynie też na otrzeźwienie innych krajów. Siłą napędową konwentyklu w Kopenhadze nie jest troska o klimat, z którym nic złego się nie dzieje a który od lat dziesięciu zaczął się ochładzać. Jest nią perspektywa zdobycia władzy nad światem oraz trylionowych zysków z handlu niczym, niczym bowiem są zezwolenia i limity.